Nowości nowościami, ale czasem trzeba przypomnieć sobie o klasyce. Zwłaszcza, kiedy klasyka brzmi tak świeżo. I sama o sobie przypomina.
REKLAMA
Choć to mocno nadużywane określenie, w tym przypadku nadużyciem nie będzie żadnym – Television to prawdziwa legenda. Choć, niestety, legenda która do tej pory nie miała wielkiego szczęścia, jeśli chodzi o pamięć fanów. W tym samym czasie, w tym samym miejscu, co ten zespół, powstało kilka innych, które zdecydowanie zwyciężyły pojedynek o miejsce w pamięci: Ramones - swoją zajadłością w graniu przez całe dekady tej samej, znakomitej swoją drogą, piosenki, Blondie – charyzmą swojej wokalistki, która do dziś, choć – nie ujmując jej niczego – jest już w mocno słusznym wieku, potrafi porwać tłum na koncercie, a swoją energią zawstydzić niejedną dziewczynę dobre trzy razy od siebie młodszą, Dead Boys – zaciekłą autoagresją i straceńczym dążeniem do zamozniszczenia, a to przecież zawsze dobrze wygląda, Talking Heads – ogromnym wpływem, jaki muzyczne pomysły członków tej grupy mają na młode zespoły do dziś, a może zwłaszcza dziś, a także imponującą aktywnością swojego lidera, już po rozwiązaniu zespołu, który dziś stał się prawdziwą instytucją nowojorskiej kultury.
Na tym tle Television zdaje się pozostawać nieco w tyle: w historii tej grupy nie było żadnych szaleństw, samobójstw, skandali, sensacji. Nawet jeśli były na to szanse – w osobie Richarda Hella – muzycy szybko zdusili je w zarodku. Hell, jedna z bardziej malowniczych postaci nowojorskiej sceny alternatywnej na początku lat siedemdziesiątych, przez pierwsze miesiące działalności Television był członkiem zespołu, ale został z niego usunięty przez pozostałych muzyków. Poszło o jego wściekłe zachowanie na scenie, mocno nie pasujące do wyobrażenia pozostałych muzyków, jakie mieli na temat własnego wizerunku: panowie byli bardzo niezadowoleni, że Hell skacze po scenie, zamiast stać spokojnie i grać. Tak naprawdę powód był oczywiście nieco głębszy: Hell, jedna z ikonicznych postaci rodzącej się właśnie sceny punkowej, był konsekwentnie wierny jej świeżo ukonstytuowanym założeniom – choćby temu, że umiejętności techniczne, a już zwłaszcza wirtuozeria wykonawcza są nie tylko niepotrzebne do komunikowania się z publicznością za pomocą muzyki, ale wręcz zabijają intensywność, autentyczność i spontaniczność tego kontaktu. Czyli, mówiąc krótko: nie miał zamiaru ćwiczyć gry na gitarze i rozwijać się jako instrumentalista. A pozostali muzycy Television bardzo szybko postawili mocny akcent właśnie na tę sprawę. I okazało się, że dla Hella nie ma miejsca w zespole.
Punk rocka w tym może nie było, ale bardzo szybko okazało się, że efekty są znakomite – już podczas pierwszych koncertów było słychać, że ten zespół jest o kilka długości przed innymi grupami z tego środowiska, jeśli chodzi o umiejętności techniczne, a przede wszystkim – talent do tego, żeby wykorzystywać je w pomysłowy i oryginalny sposób. Piosenki Television, zbudowane na bardzo mocnym fundamencie w postaci niezwykłej współpracy dwóch gitarzystów grupy, Toma Verlaine’a i Richarda Lloyda, nie miały wiele wspólnego z punk rockiem, ale równie mało z ówczesnym muzycznym mainstreamem – to sprawiło, że grupa w zasadzie stworzyła od podstaw zupełnie nowy gatunek, trzecia drogę, którą szybko poszło mnóstwo naśladowców.
Kanoniczna płyta grupy, jej debiut, „Marquee Moon”, wydany w emblematycznym dla sceny punkowej 1977 roku, okazał się jednym z najbardziej wpływowych albumów swoich czasów, który do dziś nie przestaje budzić szacunku swoją oryginalnością i umiejętnym lawirowaniem między różnymi stylistykami i porządkami. A tytułowy utwór to już prawdziwe mistrzostwo – dziesięć minut niewiarygodnej zabawy dźwiękiem, z gitarami grającymi w tak charakterystyczny sposób, że nie ma możliwości zapomnieć pierwszych sekund tego utworu, nawet jeśli słyszało się je tylko raz.
Grupa w tym sezonie festiwalowym przypomina ten materiał – gra koncerty, na których repertuar składają się wszystkie piosenki z tej płyty. Szkoda co prawda, że schorowanego Lloyda zastąpił inny gitarzysta, Jimmy Rip. Udaje mu się jednak na scenie doskonale imitować styl gry swojego poprzednika. Nie ma co owijać w bawełnę: zobaczenie któregoś z tych koncertów to jedna z pozycji obowiązkowych prawdziwego fana alternatywnego rocka.
