Jeśli ktoś jeszcze potrzebował jakiegokolwiek potwierdzenia, dlaczego wokół tego zespołu jest tyle hałasu we wszystkich muzycznych mediach, ten utwór jest najlepszym powodem, jaki można sobie wyobrazić.

REKLAMA
Choć alternatywna scena muzyczna widziała już naprawdę wiele i mało co jest w stanie zadziwić kogoś, kto obserwuje co się na niej dzieje, ale czasem zdarzają się jeszcze zjawiska co najmniej zaskakujące i niespodziewane. Takie jak choćby zawrotna, błyskawiczna i imponująca kariera tego zespołu. Choć grupa nie istnieje zbyt długo i gra muzykę, która raczej daleko leży od przystępności, bez żadnych wątpliwości można ją dziś zaliczyć do wąskiego grona najbardziej fetowanych zespołów alternatywnych, takich, które zbierają za swoje płyty wyłącznie pozytywne recenzje, grają na największych scenach najważniejszych festiwali i gromadzą pod sceną tłumy, niezależnie od tego, gdzie się pojawią.
A wszystko zaczęło się zaledwie kilka lat temu, kiedy – będący jeszcze wówczas nastolatkiem – Dylan Baldi z Cleveland w stanie Ohio pokazał światu swoje pierwsze piosenki. A przecież nagrywał je w dość prymitywnych warunkach: sam rejestrował partie wszystkich instrumentów, bawiąc się w piwnicy domu swoich rodziców komputerem z programem do tego typu nagrań. I od razu było wiadomo, że oto światu objawił się wielki talent. Chłopak pisał utwory pełne pasji, a jednocześnie zawrotnie melodyjne, zaraźliwie przebojowe, choć punkowo szorstkie.
To wszystko znalazło potwierdzenie, kiedy Baldi zmontował swój pierwszy skład i wyruszył prezentować swoją muzykę na żywo. Bo do tego wszystkiego, co było wiadomo już po przesłuchaniu jego debiutanckich nagrań, doszła jeszcze niezwykła sceniczna charyzma i żywiołowość podczas koncertów. Charyzma na dodatek zupełnie nietypowa, bo tak daleka od rockowych czy nawet punkowych schematów, jak to tylko możliwe: Baldi sprawiał raczej wrażenie może i pewnego siebie, ale jednak dość zagubionego dzieciaka, którym przecież jeszcze wówczas był.

Pięć lat i cztery płyty później na scenę wkracza chłopak, który nadal ma twarz radosnego dziecka, ale jest jednocześnie jednym z najbardziej utytułowanych i uznanych twórców swojej generacji. Co więcej – na razie nic nie wskazuje na to, żeby czekał go los innego młodego talentu, specjalizującego się co prawda w nieco innym gatunku, Conora Obersta. Oberst po kilku latach bardzo aktywnej, niemal nadaktywnej działalności, zdaje się dziś nieco zmęczony i wypalony. Baldiemu co prawda też zdarza się nagrywać płyty z ledwie kilkumiesięcznym odstępem, ale daleko mu do hiperpłodności swojego starszego kolegi. Co więcej – nad ilość zdecydowanie stawia jakość. Wystarczy posłuchać jego najnowszego dzieła, żeby się o tym przekonać. Bo „Here And Nowhere Else” to płyta, która od samego początku porywa, zachwyca, a może wręcz powala. A na sam koniec, po pół godzinie, która mija nie wiadomo kiedy, Baldi serwuje jeszcze wisienkę na torcie – prawdziwy „instant classic” indie-punka, utwór tak zaraźliwie przebojowy, że niemal nie da się go wyrzucić z głowy, kiedy się go raz usłyszy. Ale, zaraz, kto chciałby właściwie wyrzucać sobie z głowy tak znakomitą piosenkę?