Tak naprawdę to właśnie ten, dziś prawie całkiem zapomniany, zespół zapoczątkował modę na indie folk. Dobrze, że dziś przypomina o sobie znakomitymi koncertami.
REKLAMA
Dziś grają tak całe zastępy zespołów: akustyczne instrumenty, melodie na granicy patosu, ale nie przekraczające jej ani na trochę, niemal ekshibicjonistyczne teksty, sporo emocji wciśniętych między nuty. Ale to właśnie oni to zaczęli – to oni pierwsi połączyli klasyczny folk z rockiem alternatywnym, przetłumaczyli na język zrozumiały i przyswajalny dla brodatych hipsterów estetykę do tej pory bliższą raczej ich ojcom, którzy zamęczali ich przez całe dzieciństwo płytami Boba Dylana – tak jak opisywał to w swojej książce „Perfect From Now On” John Sellars. To oni otworzyli furtkę dla całej masy zespołów, które z wielkim powodzeniem wykorzystywały wymyśloną i zastosowaną na ich płytach estetykę, dla takich grup jak The Decemberists – jej wokalista ma niemal identyczny głos i sposób śpiewania jak Jeff Mangum, Beirut – brzmienie trąbek na jej płytach jest niemal żywcem skopiowane z nagrań Neutral Milk Hotel czy nawet formacji o wiele bardziej skłaniających się ku popowej wersji indie folku, takich jak choćby Mumford And Sons.
Historia tej wpływowej formacji rozpoczyna się pod koniec lat osiemdziesiątych i nierozerwalnie związana jest z Jeffem Mangumem – singer/songwiterem ze znakomitym talentem do pisania piosenek jednocześnie przebojowych i poruszających, który wcześniej występował w szeregach zespołu The Olivia Tremor Control. Po odejściu z tej grupy i samodzielnym nagraniu kilku kaset, zgromadził wokół siebie kolektyw muzycznych odszczepieńców, z którymi zaczął nagrywać płyty pod szyldem Neutral Milk Hotel. Efekt okazał się znakomity: powstały piosenki, za sprawą których niezwykłe teksty Manguma nabrały jeszcze większej mocy.
Zespół, który od samego początku był raczej luźnym kolektywem, niż mocnym składem, rozpadł się po kilku latach, a Mangum powrócił do samodzielnej działalności. Na szczęście muzycy zdecydowali się powrócić na scenę i w tym roku zagrać kilka koncertów na dużych festiwalach. Bardzo szybko okazało się, że jest w tym pomyśle jakaś przewrotna moc – bo to przecież muzyka, która tak sobie sprawdza się na wielkich scenach, o wiele bardziej do twarzy jej w intymnej atmosferze małego klubu. Mangum robi więc wszystko, żeby sytuację festiwalową odrzeć z jej anonimowości i sztuczności. Koncerty Neutral Milk Hotel nie przypominają w związku z tym innych występów festiwalowych gwiazd. Nie włączone są telebimy, a ochroniarze bardzo pilnują, żeby respektować prośbę lidera o nie filmowanie i nie fotografowanie.
Choć może to brzmieć jak bezsensowna prośba luddysty, niemożliwa do zrealizowania w świecie, w którym każdy ma w kieszeni smartfona, a filmy z festiwalowych występów udostępniane są w sieci, zanim jeszcze zespół zejdzie ze sceny, okazuje się, że jest w tym bardzo dużo sensu. Bo Mangum sprawia, że widzowie zamiast na swoich nowoczesnych zabawkach skupiają się na koncercie, a nie widząc go na telebimach, muszą podejść blisko. I o to właśnie chodzi na tych koncertach – żeby być naprawdę blisko, kiedy lider grupy zwierza się w swoich piosenkach ze swoich najintymniejszych przeżyć i emocji. A więc kiedy zespół pojawi się na jednej ze scen tegorocznego katowickiego Off Festiwalu, zdecydowanie warto być w pierwszym rzędzie.
