Trudno sobie wyobrazić smutniejszy obrazek niż ten: dziewczyna, którą kochasz nad życie podchodzi do ołtarza, ale to nie ty stajesz obok niej.
REKLAMA
Ta historia jest krótka, smutna, pouczająca i – cały czas trzymam za to kciuki – wciąż ma szansę na w miarę dobre zakończenie. Wszystko zaczęło się kilka lat temu, kiedy kilku brooklyńskich nastolatków – wśród nich przemiły olbrzym o twarzy absolutnie niewinnego dziecka, Billy McCarthy – postanowiło założyć zespół. Nazwali go Pela, napisali kilka absolutnie znakomitych piosenek i zaczęli grać koncerty. Początkowo wszystko szło bardzo dobrze: z miejsca zostali dostrzeżeni przez brooklyńskich wielbicieli alternatywnego grania, zdobyli sobie grono wiernych fanów, zaczęli grać w coraz większych klubach, dotarli nawet do tego najbardziej nobilitującego, Bowery Ballroom. Potem wydali świetną płytę i… coś ewidentnie nie zadziałało. Bo na tym się właściwie skończyło, bo nic więcej się już nie wydarzyło. Nawet mimo zaraźliwie przebojowych refrenów, nawet mimo pełnych entuzjazmu i szczerego zaangażowania koncertów, nawet mimo świetnych tekstów McCarthy’ego i jego zniewalającej scenicznej charyzmy. Niedostrzeżenie tego zespołu to była jedna z większych niesprawiedliwości światowej sceny muzycznej ostatnich lat.
I kiedy każdy zwykły człowiek stwierdziłby, że widać nie tędy droga, że widać nie pisana mu kariera muzyka i poszedłby do jakiejś zwyczajnej pracy, dwaj muzycy Peli postanowili spróbować jeszcze raz, zupełnie od początku, zupełnie od zera. I znów wymyślili nazwę – We Are Augustines, i znów napisali kilka równie znakomitych jak kiedyś piosenek, i znów użyli poruszających tekstów McCarthy’ego, który jak mało który rockowy autor potrafi zawrzeć w kilku nad wyraz trafnych słowach całą historię. I znów nagrali płytę i zaczęli grać koncerty. I znów okazało się, że są w tym prawdziwymi mistrzami. Tych kilka występów, które udało mi się zobaczyć podczas nowojorskiego festiwalu CMJ, szarpało emocjami jak mało które w ramach ubiegłorocznej edycji tej imprezy. I już się cieszę, że za moment znów zobaczę ich na scenie – tym razem na festiwalu Coachella. I to jest właśnie ten moment, w którym wiele może się wyjaśnić: czy ten zespół skończy tak jak Pela, czy może uda mu się wybić nieco bardziej. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że bardzo zasługuje na to drugie.
Właściwie powinienem umieścić tu całą debiutancką płytę grupy, album „Rise Ye Sunken Ships” – tak trudno było mi wybrać tylko jeden utwór. W końcu mój wybór padł na „Chapel Song”, idealny przykład tego, jak znakomicie w piosenkach tej grupy przebojowość łączy się z emocjonalnym zaangażowaniem. Bo przecież ile jest rockowych piosenek, które z jednej strony tak bardzo wpadają w ucho, z drugiej – opowiadają tak smutne miłosne historie. Bo co może być smutniejsze w miłosnej historii od momentu, kiedy dziewczyna, którą kochasz nad życie staje przy ołtarzu, ale to nie ty jesteś obok niej? Nie mogę przestać słuchać tej piosenki, wydanej właśnie na singlu i nie mogę przestać czuć się jak „miska poobijanych owoców w kaplicy pełnej dorodnych jabłek”.
Przemysław Gulda
Przemysław Gulda
