Ta artystka od dawna dzieli się z fanami swoimi najbardziej intymnymi emocjami. Balansuje na granicy patetycznego ekshibicjonizmu, ale w przypadku tej piosenki na pewno jej nie przekroczyła. I stworzyła piękne muzyczne wyznanie.

REKLAMA
Fani wiedzieli, że już wkrótce mogą się spodziewać kolejnej płyty swojej ulubienicy – przecież szwedzka wokalistka nie dawała o sobie znaku życia przez kilka lat. I kiedy niedawno zaczęły się pojawiać informacje, świadczące o tym, że premiera nowej płyty jest coraz bliżej, atmosfera stawała się coraz bardzie gorąca.
Pierwsze single, które były zapowiedzią albumu, okazały się nieco zaskakujące – owszem, od dawna było wiadomo, że Lykke Li to artystka, która lubi zaprawiać swoje piosenki dużą dozą melancholii, ale tym razem poszła w tym kierunku dużo dalej niż kiedykolwiek wcześniej. Wszyscy zastanawiali się więc, jak będzie brzmiała płyta, którą zapowiadają tak nastrojowe single.
Kiedy już ujrzała światło dzienne, okazało się, że wybór singli nie był przypadkowy i znakomicie przecierały one szlak dla całego materiału i dominującej go melancholii. Bo ta płyta jest o wiele bardziej mroczna, smutna i nastrojowa niż poprzednia, płyta na której niemal zupełnie nie sposób znaleźć fragmentów, przy których da się tańczyć – nawet jeśli miałby to być „taniec ze łzami w oczach”.
Znakomicie widać to na najnowszych koncertach szwedzkiej wokalistki, podczas festiwalowej trasy promującej album, wśród których był oczywiście także występ na Open’erze: zaczynają się od nowych piosenek, a scena pogrążona jest w niemal całkowitej ciemności. Jest nastrojowo, jest niemal posępnie. Dopiero pod koniec zaczyna się robić jaśniej: dosłownie i przenośni. W repertuarze pojawiają się starsze piosenki, a stojąca do tej pory niemal w ciemności i bezruchu wokalistka zaczyna tańczyć, najpierw powoli, a potem coraz bardziej intensywnie, a wręcz radośnie – chyba że to po prostu zwykła, bolesna desperacja. Bo przecież to nikt inny, jak właśnie ona, zatytułowała najnowszy zbiór swoich piosenek „I Never Learn”.
Najnowszy album pełen jest piosenek smutnych i jeszcze smutniejszych – takich jak choćby „Never Gonna Love Again” – mroczna ballada o tym, że nie sposób myśleć o tym, żeby zakochać się znowu, kiedy właśnie zostało się porzuconym, kiedy nie można oderwać się od wspominania poprzedniego związku. Na koncertach tuż przed wykonaniem tej piosenki Lykke Li pyta widzów, kto z nich ma złamane serce. Oczywiście w górę idą setki, jeśli nie tysiące rąk – życie nie ma przecież litości i sprawia, że co chwila ktoś się z kimś rozstaje, co chwila ktoś staje się nieszczęśliwy z powodu źle zainwestowanych uczuć, z powodu zakochania się – jak mówi stara, było nie było: punkowa, piosenka – w kimś, w kim za nic nie powinno się zakochiwać. A wokalistka dedykuje tę piosenkę im wszystkim. I to jest jeden z najbardziej poruszających i smutnych momentów jej koncertów.
Tej piosenki nie śpiewała na żywo na ostatnich koncertach. Może dlatego, że jest jeszcze smutniejsza, że dotyka problemu nie tak oczywistego, nie opisanego przez popkulturę wielokrotnie, skutecznie i na wiele najróżniejsze sposoby. Bo tym razem nie chodzi o tę prostą historię, że ktoś kogoś nie kocha, chodzi o to, że czasem będąc w związku cierpi się bardziej niż będąc całkiem samotnym. A nawet jeśli się to wie, nieustannie popełnia się te same błędy. I nigdy niczego się nie uczy.