Scena emo powraca. Nie można już mieć co do tego żadnych wątpliwości. A jeśli będzie powracać w takim stylu, jak ten zespół, nie można mieć na dodatek co do tego żadnych zastrzeżeń.
REKLAMA
Różnie bywa z powrotami. Różnie bywa z pomysłami typu: muzycy słynnego zespołu postanawiają znów, po latach, wspólnie grać piosenki. W ostatnich latach było kilka przykładów, że ma to sens – tak było choćby w przypadku grupy Refused, która zagrała tryumfalną, niezwykle gorąco przyjętą trasę koncertową, a jej członkowie na wstępie zastrzegli, że nie będą razem pracować i że to tylko jednorazowe przedsięwzięcie, mające na celu przypomnienie ich nagrań sprzed lat. Było też kilka przykładów na to, że sens jest czasami wątpliwy – tak było np. w przypadku zespołu At The Drive-In, który co prawda też poruszał tłumy na swoich koncertach, ale niektórzy jego członkowie sprawiali na scenie wyraźnie nie poruszonych tym, że grają dla tłumu w amoku.
Nie brakuje też przykładów powrotów zupełnie niepotrzebnych, niszczących legendę zespołu, którego członkowie decydują się na wznowienie działalności – niemal modelowym przykładem jest oczywiście grupa Pixies, która swoimi najnowszymi poczynaniami nawet nie tyle podcięła gałąź, na której siedziała, ale wręcz wyrwała całe drzewo z korzeniami, a potem zaorała cały teren i zbudowała na nim sieciowy bar z hamburgerami.
Braid to jest na szczęście przykład zespołu, który powrócił w wielkim stylu, stając się na dodatek symptomatycznym symbolem całego fenomenu – wielkiego powrotu sceny emo, ważnej i znaczącej na początku lat dziewięćdziesiątych, a potem mocno zdewaluowanej i niejednokrotnie wyśmianej – często zresztą: całkiem słusznie. Ale grupa Braid przypomina te najlepsze momenty sceny emo, momenty, które sama współtworzyła.
To zespół który istnieje w zasadzie od początku lat dziewięćdziesiątych, założony w niewielkiej miejscowości w stanie Illinois przez kilku muzyków, którzy chcieli grać tę nieco łagodniejszą, bardziej melodyjną i mniej agresywną odmianę muzyki emo. I błyskawicznie okazało się, że wychodzi im to wspólnie bardzo dobrze. W połowie dekady wydali dwie płyty, które zwróciły na nich uwagę dużej części wielbicieli takiego grania, a w 1998 roku przyszedł czas na ich prawdziwe opus magnum w postaci albumu „Frame and Canvas” – do dziś uznawanego za jeden z fundamentów i największych osiągnięć tej stylistyki. Historia zespołu w zasadzie zamknęłaby się w dekadzie lat dziewięćdziesiątych – co prawda ostatnie albumy z nazwą grupy na okładce ukazały się w 2000 roku, ale faktycznie zaprzestała ona działalności rok wcześniej. Jej członkowie próbowali swoich sił w nowych składach: część w grupie Hey Mercedes, której udało się nawet zdobyć pewną popularność, reszta w zdecydowanie mniej słynnej formacji The Firebird Band.
Pierwszy raz, na krótko, muzycy wrócili do wspólnego grania w 2004 roku – nagrali wtedy krótką epkę i zagrali, równie krótką, trasę. Ale na prawdziwy powrót Braid trzeba było poczekać jeszcze dokładnie dziesięć lat. Ale czekać zdecydowanie było warto. Muzycy nagrali pełnowymiarowy materiał, który brzmi jak wycieczka w przeszłość – w sam środek czasu, kiedy muzyka emo naprawdę liczyła się na scenie niezależnej, a jednocześnie – nie jest tylko kopiowaniem dawnych pomysłów. To znakomite i bardzo skutecznie przeniesienie tamtej estetyki w dzisiejsze czasy.
http://www.youtube.com/watch?v=Rv1pj4Q-OUI
http://www.youtube.com/watch?v=Rv1pj4Q-OUI
