Ten zespół pokazuje, że koncerty nie muszą dziś być takie, jakie są: grzeczne, spokojne i bezpieczne. Kiedy tych czterech Amerykanów wchodzi na scenę, wszystko może się zdarzyć.
REKLAMA
The Big-Ups to jeden z zespołów, który wystąpił w tym roku na festiwalu Flow, ale był raczej wykonawcą na tej imprezie zupełnie wyjątkowym. To bowiem festiwal, który stawia przede wszystkim na muzykę, daleką od gitarowych brzmień: różne odmiany popu, tanecznej elektroniki czy hiphopu. Gitary brzmią na niej z rzadka i cicho, a publiczność, która przychodzi na teren przylegający do majestatycznej elektrowni w Helsinkach, wiedząc o tym, raczej ich nie szuka. Nic więc dziwnego, że na występie nowojorczyków pod sceną było raczej pustawo, a muzycy i tak wydawali się zaskoczeni, że tyle osób przyszło oglądać właśnie ich. Tym bardziej, że dokładnie w tym samym czasie na głównej scenie grał jeden z headlinerów imprezy, duet Outkast.
- Nazywamy się Outkast i cieszymy się, że przyszliście nas zobaczyć – powiedział wokalista grupy, wywołując spory śmiech wśród fanów grupy, czekających na początek jej występu. Ale potem nie było już śmiechu. Potem był już tylko krzyk, pot, a może nawet trochę łez. Potem było tarzanie się po podłodze, strojenie min i robienie sobie samemu krzywdy. Potem było miotanie się najpierw między kolegami z zespołu, wreszcie – między widzami. Potem było zwolnienie wszystkich hamulców i zabezpieczeń. Potem było pójście na całość. Potem było już nawet nie wyjście, ale zdecydowany wyskok poza własną „comfort zone” i sprawdzenie, co z tego może wyniknąć.
Bo nie tylko muzyka zespołu nawiązuje bardzo mocno do tego, co leży u podstaw współczesnego amerykańskiego punk rocka, czyli klasycznych dla tego gatunku płyt z samego początku lat 80-tych, ale także to, co dzieje się na scenie jako żywo przypomina tamte czasy. Czasy zgoła odmienne od współczesnych, kiedy koncerty są – w gruncie rzeczy – bardzo grzeczne, spokojne i bezpieczne. Wtedy tak nie było. Wtedy wokaliści dziś absolutnie klasycznych zespołów nie schodzili po swoich występach ze sceny jak gdyby nigdy nic się nie stało. Wtedy dawali z siebie absolutnie wszystko, nie bacząc ani trochę na konsekwencje, cenę i skutki. A więc schodzili ze sceny brudni, oblepieni kurzem, pokryci od stóp do głów wszystkim możliwymi płynami ustrojowymi, zarówno swoimi, jak i swoich fanów. A więc schodzili, a właściwie słaniali się na nogach, potłuczeni, podrapani, niekiedy wręcz pobici i zakrwawieni. Nie było żadnych kompromisów, żadnego koniunkturalizmu, żadnego kalkulowania, było skakanie na głęboką wodę, bez zastanowienia się i bez trzymanki. I to sprawiało, że takie koncerty bardzo długo pamiętali wszyscy, którzy na nich byli.
Dziś nowojorczycy z The Big Ups próbują wracać do tamtej tradycji, próbują odtworzyć tamte sytuacje, iść tą samą drogą. Dziś nie może się to do końca udać, w świecie klubów ze ściśle ustalonymi regułami grania koncertów, w świecie bardzo precyzyjnie skonstruowanych umów, których naruszenie grozi zespołowi poważnymi konsekwencjami finansowymi, w świecie bardzo mocno określonych oczekiwań widzów wobec tego, co może się zdarzyć na koncercie. W tym świecie nie jest już tak, że może się zdarzyć wszystko. Na koncertach The Big-Ups może przynajmniej zdarzyć się trochę więcej niż na koncercie większości innych, poddających się klasycznym regułom, zespołów. I już choćby z tego powodu warto znaleźć sobie jakąś możliwość, żeby tę grupę zobaczyć na żywo.
- Nazywamy się Outkast i cieszymy się, że przyszliście nas zobaczyć – powiedział wokalista grupy, wywołując spory śmiech wśród fanów grupy, czekających na początek jej występu. Ale potem nie było już śmiechu. Potem był już tylko krzyk, pot, a może nawet trochę łez. Potem było tarzanie się po podłodze, strojenie min i robienie sobie samemu krzywdy. Potem było miotanie się najpierw między kolegami z zespołu, wreszcie – między widzami. Potem było zwolnienie wszystkich hamulców i zabezpieczeń. Potem było pójście na całość. Potem było już nawet nie wyjście, ale zdecydowany wyskok poza własną „comfort zone” i sprawdzenie, co z tego może wyniknąć.
Bo nie tylko muzyka zespołu nawiązuje bardzo mocno do tego, co leży u podstaw współczesnego amerykańskiego punk rocka, czyli klasycznych dla tego gatunku płyt z samego początku lat 80-tych, ale także to, co dzieje się na scenie jako żywo przypomina tamte czasy. Czasy zgoła odmienne od współczesnych, kiedy koncerty są – w gruncie rzeczy – bardzo grzeczne, spokojne i bezpieczne. Wtedy tak nie było. Wtedy wokaliści dziś absolutnie klasycznych zespołów nie schodzili po swoich występach ze sceny jak gdyby nigdy nic się nie stało. Wtedy dawali z siebie absolutnie wszystko, nie bacząc ani trochę na konsekwencje, cenę i skutki. A więc schodzili ze sceny brudni, oblepieni kurzem, pokryci od stóp do głów wszystkim możliwymi płynami ustrojowymi, zarówno swoimi, jak i swoich fanów. A więc schodzili, a właściwie słaniali się na nogach, potłuczeni, podrapani, niekiedy wręcz pobici i zakrwawieni. Nie było żadnych kompromisów, żadnego koniunkturalizmu, żadnego kalkulowania, było skakanie na głęboką wodę, bez zastanowienia się i bez trzymanki. I to sprawiało, że takie koncerty bardzo długo pamiętali wszyscy, którzy na nich byli.
Dziś nowojorczycy z The Big Ups próbują wracać do tamtej tradycji, próbują odtworzyć tamte sytuacje, iść tą samą drogą. Dziś nie może się to do końca udać, w świecie klubów ze ściśle ustalonymi regułami grania koncertów, w świecie bardzo precyzyjnie skonstruowanych umów, których naruszenie grozi zespołowi poważnymi konsekwencjami finansowymi, w świecie bardzo mocno określonych oczekiwań widzów wobec tego, co może się zdarzyć na koncercie. W tym świecie nie jest już tak, że może się zdarzyć wszystko. Na koncertach The Big-Ups może przynajmniej zdarzyć się trochę więcej niż na koncercie większości innych, poddających się klasycznym regułom, zespołów. I już choćby z tego powodu warto znaleźć sobie jakąś możliwość, żeby tę grupę zobaczyć na żywo.
