Ten wiekowy muzyk za pomocą jeszcze bardziej wiekowych narzędzi przygotował jedną z najbardziej świeżych i ciekawych muzycznych niespodzianek ostatnich miesięcy.
REKLAMA
To przecież nie może być kwestia znaczącego nazwiska, to raczej zasługa jakiejś niezwykłej, młodzieńczej energii, którą ten muzyk ma niezmiennie już od kilku dekad. Dowodów na to można znaleźć mnóstwo w jego długiej, bardzo różnorodnej i eklektycznej dyskografii. Właśnie dołączył do niej kolejną pozycję – pozycję naprawdę zachwycającą i zaskakującą pod wieloma względami. To album zatytułowany „A Letter Home” – wierzyć się nie chce: trzydziesta czwarta pozycja w oficjalnej dyskografii wywodzącego się z Kanady artysty.
Historia tej płyty tak naprawdę sięga końca lat czterdziestych, bo właśnie wtedy popularne były urządzenia zwane Voice-O-Graphem. Ich działanie – niewyobrażalnie nowoczesne dla ówczesnych użytkowników – było dość proste: użytkownik mógł zarejestrować cokolwiek chciał, a wychodząc z budki dostawał do rąk płytę winylową z nagraniem. Takie urządzenia były instalowane w parkach rozrywki i miejscach chętnie odwiedzanych przez turystów, tak żeby mogli nagrać np. pozdrowienia dla rodziny czy przyjaciół. Dziś, w czasach kiedy każdy może nagrać cokolwiek za pomocą własnego telefonu, Voice-O-Graphy nie mają oczywiście wielkiego sensu, więc zniknęły zupełnie, nie doczekawszy się drugiej młodości takiej, jak podobne urządzenia do robienia zdjęć.
Na szczęście nie wszystkie zostały zniszczone. Jedną z takich budek do nagrywania odnalazł i odnowił jeden z największych, a zarazem – najsłynniejszych kolekcjonerów wszystkiego, co związane z muzyką i jej nagrywaniem: Jack White. A skoro już stanęła, sprawna jak w swoich złotych latach, w jego studiu w Nashville, postanowił oczywiście ją wykorzystać. I trudno byłoby chyba wymyślić lepszy sposób, niż zaprosić do niej właśnie Neila Younga. A ten wykorzystał szansę, którą dał mu White w najlepszy możliwy sposób: wszedł do maszyny z akustyczną gitarą w ręku i nagrał zestaw starych piosenek.
I kiedy słucha się tego materiału, nie sposób nie dojść do wniosku, że w Voice-O-Graphie dokonało się coś niezwykłego, żeby nie powiedzieć wręcz – magicznego. Złożyło się na to z pewnością kilka elementów: znakomite piosenki, piękny głos Younga, w którym słychać oczywiście wiek i życiowe doświadczenie, ale też i mnóstwo energii, a wreszcie: nad wyraz oryginalne brzmienie – bo przecież to, że nagranie jest zabrudzone, szumiące, czasem wręcz niewyraźne nie jest w tym przypadku ani trochę wadą, ale zaskakującą zaletą, dodaje przecież temu materiałowi absolutnie niezwykłego klimatu i nastroju.
Jest jeszcze jeden element, który przenosi tę płytę na zupełnie inny poziom – fakt, że Young uczynił ją – tak jak głosi tytuł, „listem do domu”, a dokładniej: listem do zmarłej wiele lat temu matki, Edny „Rassy” Young. To właśnie jej dedykowane są wszystkie piosenki, to bezpośrednio do niej zwraca się muzyk w kilku momentach płyty. To oczywiście bardzo ryzykowne – takie pomysły ocierają się o tani sentymentalizm i bezlitosny szantaż emocjonalny. Ale w tym przypadku ani przez moment nie czuje się, że artysta przeciąga uczuciową strunę, że przesadza, że ociera się o niepotrzebny patos. Nic z tych rzeczy. Young ma wyczucie i wie, jak wywoływać emocje, nie przesadzając ani trochę. I dlatego ta płyta jest tak niezwykła. I tak poruszająca.
Historia tej płyty tak naprawdę sięga końca lat czterdziestych, bo właśnie wtedy popularne były urządzenia zwane Voice-O-Graphem. Ich działanie – niewyobrażalnie nowoczesne dla ówczesnych użytkowników – było dość proste: użytkownik mógł zarejestrować cokolwiek chciał, a wychodząc z budki dostawał do rąk płytę winylową z nagraniem. Takie urządzenia były instalowane w parkach rozrywki i miejscach chętnie odwiedzanych przez turystów, tak żeby mogli nagrać np. pozdrowienia dla rodziny czy przyjaciół. Dziś, w czasach kiedy każdy może nagrać cokolwiek za pomocą własnego telefonu, Voice-O-Graphy nie mają oczywiście wielkiego sensu, więc zniknęły zupełnie, nie doczekawszy się drugiej młodości takiej, jak podobne urządzenia do robienia zdjęć.
Na szczęście nie wszystkie zostały zniszczone. Jedną z takich budek do nagrywania odnalazł i odnowił jeden z największych, a zarazem – najsłynniejszych kolekcjonerów wszystkiego, co związane z muzyką i jej nagrywaniem: Jack White. A skoro już stanęła, sprawna jak w swoich złotych latach, w jego studiu w Nashville, postanowił oczywiście ją wykorzystać. I trudno byłoby chyba wymyślić lepszy sposób, niż zaprosić do niej właśnie Neila Younga. A ten wykorzystał szansę, którą dał mu White w najlepszy możliwy sposób: wszedł do maszyny z akustyczną gitarą w ręku i nagrał zestaw starych piosenek.
I kiedy słucha się tego materiału, nie sposób nie dojść do wniosku, że w Voice-O-Graphie dokonało się coś niezwykłego, żeby nie powiedzieć wręcz – magicznego. Złożyło się na to z pewnością kilka elementów: znakomite piosenki, piękny głos Younga, w którym słychać oczywiście wiek i życiowe doświadczenie, ale też i mnóstwo energii, a wreszcie: nad wyraz oryginalne brzmienie – bo przecież to, że nagranie jest zabrudzone, szumiące, czasem wręcz niewyraźne nie jest w tym przypadku ani trochę wadą, ale zaskakującą zaletą, dodaje przecież temu materiałowi absolutnie niezwykłego klimatu i nastroju.
Jest jeszcze jeden element, który przenosi tę płytę na zupełnie inny poziom – fakt, że Young uczynił ją – tak jak głosi tytuł, „listem do domu”, a dokładniej: listem do zmarłej wiele lat temu matki, Edny „Rassy” Young. To właśnie jej dedykowane są wszystkie piosenki, to bezpośrednio do niej zwraca się muzyk w kilku momentach płyty. To oczywiście bardzo ryzykowne – takie pomysły ocierają się o tani sentymentalizm i bezlitosny szantaż emocjonalny. Ale w tym przypadku ani przez moment nie czuje się, że artysta przeciąga uczuciową strunę, że przesadza, że ociera się o niepotrzebny patos. Nic z tych rzeczy. Young ma wyczucie i wie, jak wywoływać emocje, nie przesadzając ani trochę. I dlatego ta płyta jest tak niezwykła. I tak poruszająca.
