Ten zespół nie tylko ze względu na nazwę jest dziś jednym z najbardziej nietypowych i oryginalnych na alternatywnej scenie. Nie warto przegapić jego polskiego koncertu.

REKLAMA
Ta historia zaczyna się na dalekim końcu muzycznego świata, miejscu, które jest równie odległe od jego centrum, co kipiące nowościami, ciekawymi zespołami, muzykami, na których warto zwrócić uwagę, bo wyróżniają się na wiele różnych sposobów. To Nowa Zelandia, wyspa w sferze kultury masowej słynąca ostatnio przede wszystkim za sprawą swych konotacji filmowych (bo to przecież właśnie tam powstawały zdjęcia do słynnych filmów Petera Jacksona, ekranizującego po kolei każdy fragment prozy Tolkiena), ale z pewnością warta zainteresowania także pod względem muzycznym.
Jednym ze znakomitych powodów jest twórczość artysty, który w krótkim czasie wyrósł na jedną z najważniejszych postaci nowozelandzkiej alternatywnej sceny muzycznej, po czym – przeprowadził się do Stanów Zjednoczonych, zaczął wszystko od początku i ponownie odniósł spory sukces. To Ruban Nielson, wokalista, gitarzysta i kompozytor.
W swym rodzinnym kraju znany był przede wszystkim za sprawą zespołu The Mint Chicks, którego był założycielem i liderem. Niezbyt może znany poza Nową Zelandią, w swej ojczyźnie zdobył sporą popularność – najlepszy dowód to choćby fakt, że jedna z jego najbardziej przebojowych piosenek doczekała się coveru, umieszczonego na jednej z płyt znacznie popularniejszego zespołu z tej odległej wyspy, Naked And Famous. Utwory Mint Chicks wyróżniają się przede wszystkim niezwykłą warstwą rytmiczną – tak jakby ich członkowie uczyli się metrum zupełnie gdzie indziej niż cała reszta sceny alternatywnej.
Szybko okazało się, że to znak rozpoznawczy twórczości Nielsona – kiedy zdecydował się przeprowadzić do Portland i założyć ze świeżo poznanymi amerykańskimi kolegami nowy zespół – Unknown Mortal Orchestra właśnie – szybko okazało się, że piosenki firmowane tą nazwą także zaskakują słuchaczy pod względem rytmu.
„Ffunny Ffrends” to na to najlepszy dowód, a zarazem – największy dotychczasowy przebój zespołu. Latem 2010 roku pojawił się on zupełnie znienacka, anonimowo w internecie i błyskawicznie zdobył wielką popularność. To był znakomity punkt wyjścia do dalszej działalności przyszłego zespołu – Nielson zbudował mocny skład, który nagrał świetnie przyjętą debiutancką płytę i wyruszył na koncerty. Te ostatnie przyczyniły się do jego popularności równie mocno, co płyta. Dopiero na koncercie było bowiem wyraźnie widać, jak zaskakujący i oryginalny jest pomysł tej trójki muzyków na ich granie. Każdy z nich wykonuje na scenie niemal ekwilibrystyczne partie instrumentalne, które – choć z pozoru wydaje się to niemożliwe – idealnie splatają się ze sobą. Ten zaczerpnięty z jazzu sposób konstruowania piosenek okazuje się przynosić znakomite efekty.
Po świetnym przyjęciu przez publiczność, muzycy zaczęli pracować nad swoją drugą płytą – po pierwszej nie była ona już może tak bardzo zaskakująca, ale nadal fascynuje ilością pomysłów, warstw i dźwięków, składających się na każdy utwór, nadal fascynuje tym, że za sprawą tak wyrafinowanych środków, powstają tak przebojowe piosenki.
O tym, jak zespół wypada na żywo będzie się wreszcie można przekonać także w Polsce. W ramach promocji swej najnowszej płyty, muzycy zawitają do Gdańska, żeby wystąpić jako jedna z gwiazd festiwalu Soundrive w klubie B90. Zdecydowanie warto nie przegapić okazji, żeby zobaczyć tę trójkę muzycznych oryginałów.