Czy pustki pod sceną podczas wspaniałego koncertu tego zespołu na niedawnym festiwalu Reading wynikały tylko z mocnej konkurencji na innych scenach czy to jakaś klątwa?
REKLAMA
Przecież ten zespół wydał właśnie bardzo dobrą płytę. Kto wie, czy nie jedną z lepszych w ostatnim czasie spośród tych, które mieszczą się w granicach szeroko pojętego i nie do końca spójnego gatunku, zwanego indie popem. Spośród tych, w których gitary brzmią raczej delikatnie, ale wciąż głośniej niż pozostające w tle instrumenty elektroniczne, spośród tych, w których ważny jest – często zaskakujący i nieoczywisty - rytm, a podczas koncertów – tak jakby to był jakiś stylistyczny wymóg – w pewnym momencie wszyscy członkowie grupy porzucają swoje instrumenty, łapią za pałeczki i wspomagają zajadle perkusistę w jego wzmacnianiu. Płyta zatytułowana jest „Distraction”, właśnie się ukazała i rzeczywiście, zgodnie z tytułem, jest niezłym zakłóceniem w zalewie bliźniaczo podobnych produkcji tego typu. Jest zakłóceniem, bo wyróżnia się. I to mocno. Na różnych poziomach.
Zespół Bear Hands powstał pod koniec poprzedniej dekady w akademiku słynnej Wesleyan Univeristy, artystycznej uczelni nieopodal Nowego Jorku – był taki moment, że bycie jej absolwentem niemal automatycznie zapewniało wyższe miejsca na alternatywnych listach przebojów i kilka dodatkowych punktów jeśli chodzi o uznanie przez hipsterską publiczność (przyszli muzycy grupy Bear Heaven na korytarzach uczelni mogli spotkać muzyków m.in. takich formacji jak: MGMT czy Das Racist).
Muzykom szybko udało się zwrócić na siebie uwagę, zagrać kilka gorąco przyjętych koncertów, nagrać debiutancką płytę, album „Burning Bush Supper Club”, który zebrał sporo dobrych recenzji. Ale potem jakby ciśnienie trochę opadło, a muzycy wyraźnie stracili napęd. Bo niewiele z tego wyniknęło – nie udało im się dostać na listę stałych uczestników letnich festiwali, nie udało im się zagrać dużej, samodzielnej trasy po Stanach ani Europie – największym osiągnięciem koncertowym pozostawało więc na długie miesiące otwieranie występów kolegów ze szkoły, muzyków grupy MGMT.
Dopiero po czterech latach muzycy zdecydowali się więc na drugi cios. Znakomicie przygotowany i wyprowadzony. Nowa płyta potrafi zauroczyć już od pierwszego przesłuchania – jest dojrzała, świetnie wymyślona na poziomie melodyjnym, rytmicznym i brzmieniowym, w znakomity sposób beztroska radość łączy się na niej z drobnymi dawkami melancholii, na dodatek poszczególne piosenki opatrzone są tekstami, które nie przelatują koło ucha, jak większość słów, które wyśpiewują wokaliści wielu zespołów reprezentujących ten gatunek.
Pierwsze reakcje są trochę obiecujące – płyta zbiera niezłe recenzje, a zespołowi w tym roku udało się zagrać na kilku branżowych (SXSW w Austin w Teksasie) i tych odwiedzanych przez dużą publiczność (angielski Reading) festiwalach. I nawet jeśli na tym ostatnim mieli sporego pecha – ich koncert odbywał się w momencie, kiedy mocna konkurencja na innych scenach odciągnęła dużą część publiczności – pokazali tam, że na żywo sprawdzają się znakomicie, a ich piosenki potrafią zabrzmieć jeszcze lepiej niż na płycie – najlepszy przykład to choćby otwierający album utwór „Moment Of Silence”, w którym pierwszy, spokojniejszy fragment zabrzmiał wyjątkowo lirycznie, a drugi, bardziej dynamiczny, wybuchł energią, przy której trudno było spokojnie ustać w miejscu.
Zespół Bear Hands powstał pod koniec poprzedniej dekady w akademiku słynnej Wesleyan Univeristy, artystycznej uczelni nieopodal Nowego Jorku – był taki moment, że bycie jej absolwentem niemal automatycznie zapewniało wyższe miejsca na alternatywnych listach przebojów i kilka dodatkowych punktów jeśli chodzi o uznanie przez hipsterską publiczność (przyszli muzycy grupy Bear Heaven na korytarzach uczelni mogli spotkać muzyków m.in. takich formacji jak: MGMT czy Das Racist).
Muzykom szybko udało się zwrócić na siebie uwagę, zagrać kilka gorąco przyjętych koncertów, nagrać debiutancką płytę, album „Burning Bush Supper Club”, który zebrał sporo dobrych recenzji. Ale potem jakby ciśnienie trochę opadło, a muzycy wyraźnie stracili napęd. Bo niewiele z tego wyniknęło – nie udało im się dostać na listę stałych uczestników letnich festiwali, nie udało im się zagrać dużej, samodzielnej trasy po Stanach ani Europie – największym osiągnięciem koncertowym pozostawało więc na długie miesiące otwieranie występów kolegów ze szkoły, muzyków grupy MGMT.
Dopiero po czterech latach muzycy zdecydowali się więc na drugi cios. Znakomicie przygotowany i wyprowadzony. Nowa płyta potrafi zauroczyć już od pierwszego przesłuchania – jest dojrzała, świetnie wymyślona na poziomie melodyjnym, rytmicznym i brzmieniowym, w znakomity sposób beztroska radość łączy się na niej z drobnymi dawkami melancholii, na dodatek poszczególne piosenki opatrzone są tekstami, które nie przelatują koło ucha, jak większość słów, które wyśpiewują wokaliści wielu zespołów reprezentujących ten gatunek.
Pierwsze reakcje są trochę obiecujące – płyta zbiera niezłe recenzje, a zespołowi w tym roku udało się zagrać na kilku branżowych (SXSW w Austin w Teksasie) i tych odwiedzanych przez dużą publiczność (angielski Reading) festiwalach. I nawet jeśli na tym ostatnim mieli sporego pecha – ich koncert odbywał się w momencie, kiedy mocna konkurencja na innych scenach odciągnęła dużą część publiczności – pokazali tam, że na żywo sprawdzają się znakomicie, a ich piosenki potrafią zabrzmieć jeszcze lepiej niż na płycie – najlepszy przykład to choćby otwierający album utwór „Moment Of Silence”, w którym pierwszy, spokojniejszy fragment zabrzmiał wyjątkowo lirycznie, a drugi, bardziej dynamiczny, wybuchł energią, przy której trudno było spokojnie ustać w miejscu.
