To było jedno z większych odkryć tego sezonu festiwalowego w Anglii. To nie jest zespół, który nadaje się na duże sceny, ale na tych kameralnych sprawdzał się znakomicie.
REKLAMA
Organizatorzy i autorzy programów co najmniej kilku angielskich festiwali mieli niezłe wyczucie, zapraszając na swoje imprezy ten młody zespół. Choć ma niewielki dorobek i krótki staż, sprawdził się całkiem dobrze – idealnie pasował na mniejsze sceny w czasie, kiedy headlinerzy dopiero budzili się w swoich pokojach hotelowych. Tych kilka bardzo udanych występów zdecydowanie zwiększa szanse tej grupy na to, że jej zapowiadany już wkrótce debiutancki album, nie zostanie przeoczony pośród setek innych płyt, które ukażą się w czasie – jak zawsze – gorącej pod tym względem jesieni.
Zespół z wciąż jeszcze modnym, jeśli chodzi o hipsterską terminologię, słowem „wolf” w nazwie, powstał już cztery lata temu w Londynie. I wcale nie wziął nazwy z jakiegoś internetowego generatora modnych szyldów dla młodych zespołów. Nic z tych rzeczy – chodzi o rzeczy poważne: o literaturę mianowicie. „Wolf Alice” to tytuł opowiadania Angeli Carter. Początkowo grupa działała jako duet i w takiej konfiguracji wydała swoją debiutancką epkę, a w zasadzie demo, ze swą nazwą w tytule. Ale dopiero kiedy w 2012 roku do składu doszła stała sekcja rytmiczna, grupa mogła rozpocząć regularną działalność koncertową i jej kariera ruszyła z miejsca. Pierwsze sceniczne szlify młodzi muzycy zdobyli u boku ciut przecież tylko starszych kolegów z grupy Peace, otwierając ich koncerty podczas brytyjskiej trasy koncertowej.
Ważnym momentem w historii grupy okazała się końcówka 2013 roku. To właśnie wtedy ukazała się jej pierwsza oficjalna epka, zatytułowana „Blush”. Owszem, nie ma co tu kryć – bardzo mocno przyciągała uwagę nagim, choć raczej delikatnie erotycznym niż epatującym pornograficzną siłą, zdjęciem na okładce, ale wystarczyło jej posłuchać, żeby się przekonać, że kryje się pod nim coś naprawdę ciekawego, nawet jeśli nie do końca oryginalnego. To klasyczny indie rock, trochę nowofalowy, trochę mroczny, momentami dość dynamiczny i bardzo melodyjny. Muzyka, z którą krytycy mają niemały problem – nie wychyla się zbyt ostentacyjnie w żadnym kierunku, a więc nie sposób jej jednoznacznie zaklasyfikować – co sprawia, że dziennikarze wymyślają iście ekwilibrystyczne konstrukcje, pisząc, że to „coś pomiędzy folkiem i grunge”. Może i tak, ale jednocześnie – jakby zupełnie nie. To niby nic szczególnego, ale jednak w większości z tych piosenek tkwi coś takiego, że chce się do nich wracać. Podobnie jest zresztą na młodszej o kilka miesięcy drugiej epce grupy, zatytułowanej „Creature Songs” – to ta sama stylistyka, ten sam skuteczny sposób uwodzenia słuchacza. Tylko okładka tym razem jest jakby zupełnie z innej planety i przypomina raczej okładki wczesnych wydawnictw grupy Yuck niż stronę z artystycznego albumu z aktami – o ile dziś, w czasach Terry’ego Richardsona, jego potężnego przyrodzenia wdzierającego się w każdy prawie kadr i jego równie potężnego wpływu na całą nagą fotografię, coś takiego w ogóle jeszcze istnieje.
Ta skromna muzyka mogła się zupełnie nie sprawdzić na koncertach, tym bardziej, że – jak się okazało – członkowie grupy nie mają jakiejś specjalnej charyzmy, ani spektakularnego pomysłu na swój sceniczny image i widowisko. Na szczęście same piosenki obroniły się znakomicie i koncerty na najważniejszych angielskich festiwalach, takich jak Glastonbury czy Reading, przyjmowane były bardzo ciepło. A teraz, po tym niewątpliwym sukcesie, czas na płytę.
Zespół z wciąż jeszcze modnym, jeśli chodzi o hipsterską terminologię, słowem „wolf” w nazwie, powstał już cztery lata temu w Londynie. I wcale nie wziął nazwy z jakiegoś internetowego generatora modnych szyldów dla młodych zespołów. Nic z tych rzeczy – chodzi o rzeczy poważne: o literaturę mianowicie. „Wolf Alice” to tytuł opowiadania Angeli Carter. Początkowo grupa działała jako duet i w takiej konfiguracji wydała swoją debiutancką epkę, a w zasadzie demo, ze swą nazwą w tytule. Ale dopiero kiedy w 2012 roku do składu doszła stała sekcja rytmiczna, grupa mogła rozpocząć regularną działalność koncertową i jej kariera ruszyła z miejsca. Pierwsze sceniczne szlify młodzi muzycy zdobyli u boku ciut przecież tylko starszych kolegów z grupy Peace, otwierając ich koncerty podczas brytyjskiej trasy koncertowej.
Ważnym momentem w historii grupy okazała się końcówka 2013 roku. To właśnie wtedy ukazała się jej pierwsza oficjalna epka, zatytułowana „Blush”. Owszem, nie ma co tu kryć – bardzo mocno przyciągała uwagę nagim, choć raczej delikatnie erotycznym niż epatującym pornograficzną siłą, zdjęciem na okładce, ale wystarczyło jej posłuchać, żeby się przekonać, że kryje się pod nim coś naprawdę ciekawego, nawet jeśli nie do końca oryginalnego. To klasyczny indie rock, trochę nowofalowy, trochę mroczny, momentami dość dynamiczny i bardzo melodyjny. Muzyka, z którą krytycy mają niemały problem – nie wychyla się zbyt ostentacyjnie w żadnym kierunku, a więc nie sposób jej jednoznacznie zaklasyfikować – co sprawia, że dziennikarze wymyślają iście ekwilibrystyczne konstrukcje, pisząc, że to „coś pomiędzy folkiem i grunge”. Może i tak, ale jednocześnie – jakby zupełnie nie. To niby nic szczególnego, ale jednak w większości z tych piosenek tkwi coś takiego, że chce się do nich wracać. Podobnie jest zresztą na młodszej o kilka miesięcy drugiej epce grupy, zatytułowanej „Creature Songs” – to ta sama stylistyka, ten sam skuteczny sposób uwodzenia słuchacza. Tylko okładka tym razem jest jakby zupełnie z innej planety i przypomina raczej okładki wczesnych wydawnictw grupy Yuck niż stronę z artystycznego albumu z aktami – o ile dziś, w czasach Terry’ego Richardsona, jego potężnego przyrodzenia wdzierającego się w każdy prawie kadr i jego równie potężnego wpływu na całą nagą fotografię, coś takiego w ogóle jeszcze istnieje.
Ta skromna muzyka mogła się zupełnie nie sprawdzić na koncertach, tym bardziej, że – jak się okazało – członkowie grupy nie mają jakiejś specjalnej charyzmy, ani spektakularnego pomysłu na swój sceniczny image i widowisko. Na szczęście same piosenki obroniły się znakomicie i koncerty na najważniejszych angielskich festiwalach, takich jak Glastonbury czy Reading, przyjmowane były bardzo ciepło. A teraz, po tym niewątpliwym sukcesie, czas na płytę.
