Możesz mieć czterdzieści lat i nadal być dzieciakiem, który uwielbia robić hałas na gitarze, zakochiwać się nieszczęśliwie i uciekać przed policjantami. Oto najlepszy dowód.
REKLAMA
Jeszcze niedawno o tym zespole nie słyszał zupełnie nikt, a nagle zaczęła się o nim na potęgę rozpisywać cała amerykańska prasa muzyczna i blogosfera. Mało tego – to już nawet nie jest rozpisywanie, to jest prawdziwe rozpływanie się nad ledwie – dosłownie – kilkoma minutami muzyki, które ta formacja zdołała zaprezentować swoim potencjalnym fanom. Ale trudno się dziwić – ten zespół idealnie, pod wieloma względami trafił w swój czas: jego członkowie poruszają się w granicach stylistyki, która właśnie powraca z muzycznego czyśćca i z rozmachem wraca do łask, na dodatek piszą piosenki, które już od pierwszego przesłuchania wydrapują w głowie słuchacza głęboką kryjówkę i za nic nie chcą z niej wyjść. I już samo to wystarczyłoby, żeby zwrócić na siebie uwagę.
Ale jest jeszcze jeden niezwykle ważny drobiazg – znakomite teksty: proste, szczere, opowiadające historie, które albo każdy przeżył, albo przynajmniej chciałby przeżyć i udaje przed wszystkimi i samym sobą, że tak się właśnie stało. Teksty idealnie wpisujące się w nostalgiczny obraz amerykańskiej prowincji: tej, gdzie czas spędza się z kolegami pod wieżą ciśnień, pierwsze pocałunki kradnie się leżąc koło kolejowego nasypu, oglądając niekończące się, puste pociągi, mijając szeregi dokładnie takich samych, słodkich i pachnących domem willi, jeździ się na rowerze trochę bez celu, ale przecież zupełnie nie bez sensu, ale tak naprawdę najwięcej tego ostatniego znajduje się wtedy, kiedy w garażu rodziców odkręca się prawie do oporu potencjometr w głośniku i robi szczery niemal do bólu hałas na swojej pierwszej gitarze. Teksty, z którymi utożsamia się natychmiast tak wielu słuchaczy: i ci, którzy to wszystko dopiero przeżyją, i ci, którzy dokładnie tak jak bohaterowie tych piosenek spędzają każdy dzień i każdą noc, a wreszcie ci, którzy mają to wszystko już jakieś dwie stracone dekady za sobą, ale cały czas są przekonani, że to właśnie było najważniejsze i największe spośród wszystkiego, co wydarzyło się w ich w zasadzie zupełnie pustym życiu.
Trzech facetów, którzy tworzą ten zespół, iście nastoletni, jeśli chodzi o energię, naturalność i żywiołowość, kipiąca z każdego dźwięku każdej piosenki, jest najbliżej – przynajmniej jeśli chodzi o metrykę – tym ostatnim. To czterdziestolatkowie, którzy od lat nie robią nic innego, oprócz grania głośnej muzyki. Liderem zespołu jest James Snyder, kompletnie nieznana w Polsce, a w Stanach w pewnych – to prawda, że dość wąskich – kręgach nader znacząca postać. W latach dziewięćdziesiątych był liderem formacji Weston, która zdobyła sobie niezbyt może szeroką, ale iście kultową sławę swoimi żarliwymi i gorącymi piosenkami. U jego boku w nowym składzie stanęli muzycy zaprawieni w bojach z rzeczywistością w takich zespołach jak m.in.: Ex-Friends i NONA. Jak na razie mają na koncie zaledwie jedną epkę, składającą się tylko z czterech utworów płytę „Who Would Ever Want Anything So Broken?”, do której lada moment dołożą kolejny krótki materiał: już nagrany, ale wciąż jeszcze nie wydany. Ale to wystarczyło, żeby wokół nich wybuchło prawdziwe szaleństwo. Szaleństwo w pełni uzasadnione.
Ale jest jeszcze jeden niezwykle ważny drobiazg – znakomite teksty: proste, szczere, opowiadające historie, które albo każdy przeżył, albo przynajmniej chciałby przeżyć i udaje przed wszystkimi i samym sobą, że tak się właśnie stało. Teksty idealnie wpisujące się w nostalgiczny obraz amerykańskiej prowincji: tej, gdzie czas spędza się z kolegami pod wieżą ciśnień, pierwsze pocałunki kradnie się leżąc koło kolejowego nasypu, oglądając niekończące się, puste pociągi, mijając szeregi dokładnie takich samych, słodkich i pachnących domem willi, jeździ się na rowerze trochę bez celu, ale przecież zupełnie nie bez sensu, ale tak naprawdę najwięcej tego ostatniego znajduje się wtedy, kiedy w garażu rodziców odkręca się prawie do oporu potencjometr w głośniku i robi szczery niemal do bólu hałas na swojej pierwszej gitarze. Teksty, z którymi utożsamia się natychmiast tak wielu słuchaczy: i ci, którzy to wszystko dopiero przeżyją, i ci, którzy dokładnie tak jak bohaterowie tych piosenek spędzają każdy dzień i każdą noc, a wreszcie ci, którzy mają to wszystko już jakieś dwie stracone dekady za sobą, ale cały czas są przekonani, że to właśnie było najważniejsze i największe spośród wszystkiego, co wydarzyło się w ich w zasadzie zupełnie pustym życiu.
Trzech facetów, którzy tworzą ten zespół, iście nastoletni, jeśli chodzi o energię, naturalność i żywiołowość, kipiąca z każdego dźwięku każdej piosenki, jest najbliżej – przynajmniej jeśli chodzi o metrykę – tym ostatnim. To czterdziestolatkowie, którzy od lat nie robią nic innego, oprócz grania głośnej muzyki. Liderem zespołu jest James Snyder, kompletnie nieznana w Polsce, a w Stanach w pewnych – to prawda, że dość wąskich – kręgach nader znacząca postać. W latach dziewięćdziesiątych był liderem formacji Weston, która zdobyła sobie niezbyt może szeroką, ale iście kultową sławę swoimi żarliwymi i gorącymi piosenkami. U jego boku w nowym składzie stanęli muzycy zaprawieni w bojach z rzeczywistością w takich zespołach jak m.in.: Ex-Friends i NONA. Jak na razie mają na koncie zaledwie jedną epkę, składającą się tylko z czterech utworów płytę „Who Would Ever Want Anything So Broken?”, do której lada moment dołożą kolejny krótki materiał: już nagrany, ale wciąż jeszcze nie wydany. Ale to wystarczyło, żeby wokół nich wybuchło prawdziwe szaleństwo. Szaleństwo w pełni uzasadnione.
