Zespół, który istniał przez chwilę i mało kto jego istnienie zauważył. Ale dziś cieszy się niezwykle intensywną pośmiertną popularnością.
REKLAMA
To dość niezwykła historia, jedna z tych, które co i rusz odkryć można śledząc uważnie, to co dzieje się na scenie muzycznej, a raczej – na jej obrzeżach. Historia pokazująca, że popularność chadza czasem zupełnie zaskakującymi ścieżkami, potrafi się kompletnie zagubić, żeby nagle, zupełnie zaskakująco się odnaleźć.
Zespół Life Without Buildings to grupa założona pod koniec ubiegłego stulecia przez studentów szkoły artystycznej z Glasgow. Trzech przyszłych artystów pracowicie grało próby, ale jakoś nie mogło znaleźć siły, żeby spróbować zaprezentować się szerszej publiczności. Impulsem okazało się dołączenie do składu studentki malarstwa, Sue Tompkins. Od momentu, kiedy stanęła przed mikrofonem, było wiadomo, że jej osobowość, głos, oryginalny sposób śpiewania i energia, na dobre wpłyną na ostateczny kształt tego, co zaprezentuje debiutująca formacja. I tak się rzeczywiście stało.
Już pierwsze koncerty pokazały, że na szkockiej scenie alternatywnej – pełnej w tym czasie mocnych, obiecujących debiutów, w postaci takich, istniejących do dziś i bardzo cenionych zespołów, jak m.in.: Glasvegas, The Twilight Sad, We Were Promised Jetpacks czy Frightened Rabbit – pojawiło się coś bardzo oryginalnego. Zespół niemal natychmiast podpisał kontrakt na debiutancką płytę, która ukazała się niewiele później, poprzedzona kilkoma singlami. Album zatytułowany był „Any Other City” i z miejsca zebrał mnóstwo pozytywnych opinii, a zaledwie kilka miesięcy po premierze w Wielkiej Brytanii znalazł także wydawcę w Stanach Zjednoczonych, co dla brytyjskich zespołów często jest przeszkodą nie do przejścia.
Wszystko zaczynało więc wyglądać coraz lepiej, kiedy nagle, bez podania jakiegokolwiek powodu, muzycy postanowili rozwiązać zespół i – jak dotąd, a więc już przez ponad dekadę – nigdy nie powrócić na scenę. Ale to nie znaczy, że wszyscy o nich zapomnieli, choć w tego typu przypadkach zwykle tak bywa: pamięć fanów, nie podsycana kolejnymi nowymi nagraniami, a przede wszystkim – koncertami, bywa krótka i zawodna. Dotknęło to wielu, czasem zapowiadających się niezwykle ciekawie zespołów, które zostawiły po sobie kilka nagrań i zaginęły dziś całkiem w nawale nowych nazw.
I wszystko wskazywało na to, że tak samo stanie się w przypadku Life Without Buildings. Na szczęście ten przypadek okazał się szczególny: zespół nadal pojawia się we wszystkich zestawieniach ważnych formacji z początku wieku, przypominają o nim dziennikarze, blogerzy, wpływowi muzycy. Jego płyta cały czas jest dostępna, a co ciekawe – nadal brzmi wyjątkowo świeżo, a sposób śpiewania, czy raczej, w wielu fragmentach, recytowania tekstu przez Tompkins – dziś uznaną w swej ojczyźnie artystkę wizualną – nadal potrafi fascynować.
Zespół Life Without Buildings to grupa założona pod koniec ubiegłego stulecia przez studentów szkoły artystycznej z Glasgow. Trzech przyszłych artystów pracowicie grało próby, ale jakoś nie mogło znaleźć siły, żeby spróbować zaprezentować się szerszej publiczności. Impulsem okazało się dołączenie do składu studentki malarstwa, Sue Tompkins. Od momentu, kiedy stanęła przed mikrofonem, było wiadomo, że jej osobowość, głos, oryginalny sposób śpiewania i energia, na dobre wpłyną na ostateczny kształt tego, co zaprezentuje debiutująca formacja. I tak się rzeczywiście stało.
Już pierwsze koncerty pokazały, że na szkockiej scenie alternatywnej – pełnej w tym czasie mocnych, obiecujących debiutów, w postaci takich, istniejących do dziś i bardzo cenionych zespołów, jak m.in.: Glasvegas, The Twilight Sad, We Were Promised Jetpacks czy Frightened Rabbit – pojawiło się coś bardzo oryginalnego. Zespół niemal natychmiast podpisał kontrakt na debiutancką płytę, która ukazała się niewiele później, poprzedzona kilkoma singlami. Album zatytułowany był „Any Other City” i z miejsca zebrał mnóstwo pozytywnych opinii, a zaledwie kilka miesięcy po premierze w Wielkiej Brytanii znalazł także wydawcę w Stanach Zjednoczonych, co dla brytyjskich zespołów często jest przeszkodą nie do przejścia.
Wszystko zaczynało więc wyglądać coraz lepiej, kiedy nagle, bez podania jakiegokolwiek powodu, muzycy postanowili rozwiązać zespół i – jak dotąd, a więc już przez ponad dekadę – nigdy nie powrócić na scenę. Ale to nie znaczy, że wszyscy o nich zapomnieli, choć w tego typu przypadkach zwykle tak bywa: pamięć fanów, nie podsycana kolejnymi nowymi nagraniami, a przede wszystkim – koncertami, bywa krótka i zawodna. Dotknęło to wielu, czasem zapowiadających się niezwykle ciekawie zespołów, które zostawiły po sobie kilka nagrań i zaginęły dziś całkiem w nawale nowych nazw.
I wszystko wskazywało na to, że tak samo stanie się w przypadku Life Without Buildings. Na szczęście ten przypadek okazał się szczególny: zespół nadal pojawia się we wszystkich zestawieniach ważnych formacji z początku wieku, przypominają o nim dziennikarze, blogerzy, wpływowi muzycy. Jego płyta cały czas jest dostępna, a co ciekawe – nadal brzmi wyjątkowo świeżo, a sposób śpiewania, czy raczej, w wielu fragmentach, recytowania tekstu przez Tompkins – dziś uznaną w swej ojczyźnie artystkę wizualną – nadal potrafi fascynować.
