Niezależnie od tego, jak banalnie to zabrzmi – ten zespół swoją najnowszą płytą naprawdę wkroczył na wyższy poziom. Warto to odnotować i zapamiętać.

REKLAMA
To historia jakich wiele, historia, której nie ma nawet za bardzo sensu opowiadać, bo ile można słuchać takich samych historii, nie różniących się nawet małymi szczegółami: zawsze jest jakieś małe miasto, za daleko do jakiegoś słynnego i dużego, żeby do niego uciec, ale za blisko, żeby móc spokojnie żyć, nie wiedząc, że gdzieś tam czekają o wiele ciekawsze sprawy, zawsze jest jakaś wieża ciśnień, pod którą zawsze można się spotkać i gadać o pierwszych pocałunkach, których tak naprawdę w ogóle nie było, zawsze jest kilku młodych ludzi, którzy nie chcą, tak jak cała reszta rówieśników, przejąć po rodzicach kwitnącego od kilku pokoleń zakładu usługowego albo sklepu, słynnego na całą okolicę, zawsze jest jakiś garaż, w którym siedzi się godzinami, żeby całą swoją frustrację, melancholię i desperację zamieniać w gitarowy hałas.
I tak właśnie mniej więcej było z tym zespołem, kwartetem z podnowojorskiej miejscowości o nieco zastanawiającej nazwie Purchase – ponoć chodzi o niezwykłą formę zakupu terenu, na którym znalazło się miasto: słynny w swoim czasie wynalazca i inżynier, żyjący wtedy, kiedy Stany Zjednoczone dopiero powstawały, podpisał umowę na nabycie takiej ilości ziemi, jaką zdoła objechać w ciągu jednego dnia. Dziś Purchase słynie przede wszystkim z tego, że jest siedzibą stanowego uniwersytetu.
Ale tych czterech młodych facetów zamiast na wykłady wolało chodzić na próby i nagrywać kolejne płyty. Dzięki temu mają już ich dziś w dorobku całkiem sporo, chociaż mało kto o tym wie. Może ta najnowsza, wydany właśnie album „Hoodwink’d”, coś w tym względzie zmieni. Powinien, bo zdecydowanie jest tego wart. To całkiem pokaźny – składający się aż z piętnastu piosenek, ale jednocześnie krótki i dynamiczny – żaden z utworów nie trwa dłużej niż trzy minuty – zestaw pogodnych, jeśli nie wręcz radosnych utworów, w których na każdym kroku słychać bezpretensjonalność i beztroskę. Gdzieś między Pavement i The Only Ones, gdzieś między pogodną rezygnacją a naiwnym optymizmem, gdzieś między przebojowością a nieuporządkowanym żywiołem. To po prostu bardzo dobra płyta.
Na dodatek ta czwórka muzyków gra bardzo dobre koncerty – znają swoje miejsce na muzycznej scenie: wiedzą, że muszą grać w ciasnych norach dla kilkunastu osób, ale robią to ze sporym zaangażowaniem i zapałem, a jednocześnie – w sposób niemal uroczy w swojej dezynwolturze – choćby w tych momentach, kiedy między utworami toczą prawdziwe obrady na temat tego, co zagrać w następnej kolejności. To nie jest materiał na wielką gwiazdę. I bardzo dobrze. Takim zespołom do twarzy na małej scenie w jakimś znanym tylko dociekliwym bywalcom klubie. Lvl Up w takiej sytuacji sprawdza się doskonale.