O autorze
Muzyki słucham prawie bez przerwy, towarzyszy mi od rana do wieczora,
przy każdej okazji, w każdych okolicznościach. Cały czas mi mało i
cały czas szukam czegoś nowego. Na moim blogu będę pisał o piosenkach, które w ostatnim czasie zrobiły na mnie szczególne wrażenie. Przede wszystkim o tych najnowszych,
przygotowanych przez wykonawców, którzy dopiero pukają do drzwi
wielkiej popularności, ale i tych klasycznych, o których nie można
zapominać. O tych, które wiążą się w jakiś sposób z tym, co właśnie
robię - np. wtedy, kiedy wybieram się na koncert jakiegoś zespołu albo
na festiwal, o tych, które najlepiej oddają mój nastrój. O tych,
których być może do tej pory nie słyszałaś/słyszałeś, a moim zdaniem
zdecydowanie usłyszeć powinnaś/powinieneś.

The Big Sleep „Ace”

To jedna z tych niesprawiedliwych, bezlitosnych historii: historii zespołu, który ma wszystko, żeby zdobyć popularność, któremu prawie się udało, a jednak ciągle nic nie chce z tego wyjść.


Historia tej grupy trwa już ponad dekadę, a zaczęła się na Brooklynie, gdzie spotkała się trójka muzyków, zafascynowana graniem, które wówczas, u progu nowego wieku, dalekie było jeszcze od swojej dzisiejszej popularności. To mocny, głośny shoegaze, bliższy raczej najbardziej hałaśliwym fragmentom twórczości My Bloody Valentine niż delikatnemu i łagodnemu graniu spod znaku takich zespołów jak np. Slowdive. Nawet jeśli renesans takiego grania dopiero się rodził, a zespoły takie jak Place To Bury Strangers dopiero bardzo nieśmiało przypominały tamtą, zapomnianą zupełnie, estetykę, trójce muzyków z The Big Sleep szybko udało się zdobyć sporą lokalną popularność.
Zawdzięczali to przede wszystkim ciekawym kompozycjom, bardzo oryginalnemu w tamtym czasie brzmieniu i świetnym, pełnym zaciekłości, koncertom. Grupa grała wtedy we wszystkich możliwych nowojorskich piwnicach, norach, prywatnych mieszkaniach – wszędzie, gdzie chcieli się zgromadzić ludzie ciekawi mocnego brzmienia i na swój sposób przebojowych piosenek. Plotka zaczęła krążyć z ust do ust – a nie był to jeszcze czas, kiedy plotki roznosiły się tak łatwo jak dziś: za pomocą blogów i najróżniejszych platform komunikacyjnych i społecznościowych – i zespół zaczął się cieszyć w Nowym Jorku coraz większą sławą. Dziennikarze rozpisywali się o mrocznym klimacie kompozycji grupy, o ciężkich gitarach, które jednak nie mają nic wspólnego z gatunkami, które tradycyjnie wykorzystują tego typu brzmienie, o sonicznym ataku, który muzycy przypuszczają na słuchaczy podczas koncertów. Nic więc dziwnego, że przychodziło na nie coraz więcej osób.
Pozycję grupy ugruntowała debiutancka płyta, zatytułowana „Son Of The Tiger”, wydana w 2006 roku. Wydawało się, że zespół jest gotowy, żeby zacząć robić karierę także poza swoim rodzinnym miastem. Wydawało się, że te piosenki powinny się spodobać fanom alternatywnego grania na całym świecie, który takiego grania słucha. Ale coś nie wyszło. I nie wiadomo do końca co, tym bardziej, że kolejny album grupy, wydana w 2008 roku płyta „Sleep Forever”, pokazywała że muzycy nadal są w znakomitej formie i nie dotknął ich nawet przelotnie żaden „syndrom drugiej płyty”.
Nic więc dziwnego, że członkowie grupy trochę się wycofali, zaprzestali działalności tak aktywnej jak ta, którą prowadzili wcześniej. I wydawało się, że to będzie koniec tego zespołu.
Ale nic z tego, trójka nowojorczyków okazała się nader wytrwała i uparta – w 2012 roku wydali album „Nature Experiments”, świetnie nawiązujący do tego, co robili w pierwszym okresie działalności. To znów była płyta pełna mocnych, shoegaze’owych kompozycji z brzmieniem, które wbijało się głęboko do głowy i z melodiami, które w mocno zaskakujący sposób okazywały się nader wpadające w ucho.
Niestety, także i ta płyta nie przyniosła żadnego przełomu i nie okazała się dla grupy nowym otwarciem – owszem, zebrała trochę pozytywnych recenzji, ale niewiele za nimi poszło: zespół nie zaistniał w obiegu festiwalowym, nie stał się też tematem popularnych muzycznych blogów i serwisów. Tak jakby świat postanowił, że ta grupa ma pozostać tylko lokalną ciekawostką, znaną najbardziej dociekliwym i uważnym obserwatorom alternatywnej sceny. To dziwne tym bardziej, że tym razem muzycy trafili niemal idealnie na wzbierającą falę popularności takiego grania – w podobnym czasie ukazały się płyty takich zespołów jak m.in.: Nothing, Whirr czy Anne, dzięki którym o shoegaze’owym graniu znów zaczęło być głośno.
Muzycy grupy nadal się nie poddają – dziś przygotowują materiał na kolejny album i grają go na koncertach – jeden z nich, który w ostatni wrześniowy wieczór odbył się w williamsburskim klubie Baby’s All Right pokazał, że zespół jest w znakomitej formie: było głośno, było ostro, było przebojowo i odpowiednio mrocznie. Nowa płyta powinna być bardzo ciekawa. Byłoby szkoda, gdyby przepadła tak, jak trzy poprzednie. Ci muzycy zasługują na zdecydowanie na coś więcej.

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...
DADHERO.PL 0 0Seks byłby dużo fajniejszy, gdyby faceci o tym pamiętali. 10 rzeczy, które obniżają kobietom libido
O TYM SIĘ MÓWI 0 0Masz "powyborczego doła" po zwycięstwie PiS? Psycholożka radzi, co trzeba zrobić
0 0Cyfrowi kryminaliści spuszczają nam spory łomot. "Ale mamy coś, czego nie mają oni"
NEWSWEEK 0 0Dlaczego faceci w Polsce stracili ochotę na seks? Powodów jest mnóstwo, ale jeden najważniejszy

MAMADU

0 0Rodzicielska wpadka prezesa PSL? Panie Władysławie, czas posłuchać internautów!
0 0Jakie wesele – takie małżeństwo? Od tej rzeczy zależy, jak długo będziecie razem

POLECAMY

KINO 0 0Widziałem ostatni film Piotra Woźniak-Staraka. Aż trudno uwierzyć, że to polska produkcja
0 0"Daleko mi do ideału, ale lubię pomagać ludziom". Rinke Rooyens o nowym programie i ojcostwie
0 0"Cierpią w samotności". Codziennie 12 polskich mężczyzn popełnia samobójstwo
0 0"Syn chce być na zaprzysiężeniu, a ma zakaz wstępu". Jest decyzja Sejmu ws. Hartwicha
0 0"Prosili: zróbcie coś dla moich dzieci". Ta partia czekała 15 lat, żeby dostać się do Sejmu