Długo broniłem się przed tym, żeby polubić ten zespół, ale kiedy się już w nim zakochałem, to absolutnie bezwarunkowo.
REKLAMA
Przez bardzo długi czas kompletnie nie mogłem zrozumieć, o co chodzi z prawdziwym amokiem, który od jakiegoś czasu narasta wokół tego zespołu, skromnego duetu dwóch skromnych sióstr spod Sztokholmu, z których jedna wciąż jest jeszcze nastolatką, a druga dopiero co być nią przestała. Ich wykonanie jednego z utworów grupy Fleet Foxes ma miliony odsłon na portalu YouTube, Jack White nie może się doczekać, żeby się z nimi spotkać, płytę realizuje im nadworny producent kultowej wytwórni Saddle Creek, Mike Mogis, a gościnnie pojawia się na niej sam jej założyciel i główna gwiazda, Conor Oberst z zespołu Bright Eyes. Blogosfera zachłystuje się First Aid Kit, pisząc niekończące się peany na cześć szwedzkich artystek. Cały świat oszalał. A ja długo nie mogłem pojąć tego szaleństwa.
Do czasu. Wystarczyło, że zobaczyłem ten zespół na scenie. I zakochałem się natychmiast. Głęboko i bezwarunkowo. Bezwarunkowo do tego stopnia, że nawet choć bardzo lubię wiele zespołów z coraz większej i coraz popularniejszej półki z napisem „alternatywny folk”, muzyka First Aid Kit cały czas wydawała mi się jednak mocno wykraczająca poza granice mojej fascynacji tym gatunkiem.
A jednak. Kiedy zobaczyłem te dwie dziewczyny, w towarzystwie brodatego perkusisty, na jednej ze scen festiwalu Coachella, oszalałem tak jak i wielu innych przede mną. Bo nie da się nimi nie zachwycić. Przede wszystkim dlatego, że dziewczęta mają jakiś cudowny talent sprawiania, że widz czuje się nie jak na koncercie, ale jakby dziewczęta wpadły z wizytą do niego do domu i zagrały mu kilka swoich piosenek w kuchni, przy ciepłej herbacie. To poczucie intymności, bezpośredniości, bliskości, sprawia, że to przestają być jakieś abstrakcyjne piosenki o uczuciach kogoś zupełnie obcego, ale zaczynają sprawiać wrażenie opowieści o kimś, kogo świetnie się zna i doskonale rozumie, co czuje.
Choćby ten utwór – jeden z wielu równie dobrych, które znalazły się na najnowszej płycie sióstr, zatytułowanej „The Lion’s Roar” – piękna historia o miłości, muzyce i miłości do muzyki (imiona w refrenie odwołują się do dwóch słynnych muzycznych par: Emmylou Harris i Grama Parsonsa oraz June Carter i Johnny’ego Casha). Choć granie na gitarze techniką slide to zdecydowanie nie moja bajka, choć płyty artystów, które dziewczęta wymieniają w tej piosence – może poza Johnnym Cashem – nie zajmują dużo miejsca na mojej półce z płytami, ale nie mogę przestać słuchać tej piosenki na okrągło. I próbuję wbić sobie do głowy słowa, że „z żadnych nasion nic nie wyrośnie, jeśli nie pobłogosławisz ich swoją cierpliwością”. Skoro udało mi się zakochać w tym zespole, może uda mi się też owej cierpliwości nauczyć.
