To jeden z tych zespołów, które bardzo łatwo jest przegapić, a przegapić zdecydowanie nie warto. Jeden z tych zespołów, które od lat konsekwentnie idą własną drogą, nawet jeśli to droga szerokim łukiem omijająca centra, mody i oczekiwania.

REKLAMA
Zespół Merchandise pochodzi z niewielkiej – w kontekście Stanów Zjednoczonych oczywiście – i stosunkowo mało liczącej się na muzycznej mapie tego kraju miejscowości Tampa na Florydzie. Jego korzenie zapuszczone są głęboko w niezależną scenę punkową, która w tej części Stanów jest bardzo barwna i aktywna już od wczesnych lat 90-tych (nawet jeśli jej głównym centrum nie była Tampa, ale raczej uniwersytecka miejscowość Gainesville, dwie dekady temu – jak wiele innych siedzib stanowych uniwersytetów – wprost kipiąca od różnych odmian muzyki z mniej lub bardziej słyszalnymi punkowymi korzeniami).
I można śmiało stawiać hipotezę, że to właśnie ta gatunkowa różnorodność i muzyczna otwartość sceny alternatywnej z Florydy sprawiły, że Merchandise jest dziś takim zespołem, jakim jest: grupą odważnie eksperymentującą z różnymi stylistykami, łączącą w swoich piosenkach czasem zupełnie odległe pomysły muzyczne, przełamującą stereotypy i oczekiwania słuchaczy. O ile w przypadku pierwszych nagrań zespołu można jeszcze mówić o bezpośrednich nawiązaniach do punk rocka, o tyle na każdej kolejnej płycie rozpuszczają się one coraz bardziej w kolorowym koktajlu pomysłów zaczerpniętych z bardzo odległych muzycznych planet.
Kwintesencją tego pomysłu na granie i na tworzenie własnego stylu była poprzednia płyta grupy, album zatytułowany „Children Of Desire” z 2012 roku. Muzycy nie dawali krytykom i zwykłym słuchaczom szansy na przyszpilenie ich pod jakąś jednoznaczną etykietą, sklasyfikowanie ich muzyki w jasny i bezdyskusyjny sposób, uciekali od takich prób, tworząc piosenki eklektyczne, a jednocześnie w przedziwny sposób spójne i konsekwentne.
To musiało się podobać i bardzo podobało: muzycy właściwie od samego początku działalności cieszyli się bardzo dużym wsparciem muzycznych blogerów – chwalili ich zarówno ci, którzy pisali głównie o punk rocku, ci, którzy promowali nowości z kręgu indie rocka, a nawet ci, którym bliski był raczej rock progresywny. To, że o zespole w internecie pisano dużo i zawsze dobrze, przełożyło się oczywiście na jego popularność – w Stanach zaczął grać coraz większe koncerty, w Europie z powodzeniem przejechał się w ubiegłym sezonie po wielu ważnych festiwalach z Primaverą na czele. Co więcej – na koncertach muzycy pokazywali się ze znakomitej strony. Ich utwory nabierały jeszcze większej siły niż na płytach studyjnych.
Minęły dwa lata, wielbiciele grupy coraz bardziej oczekiwali jej nowej płyty. Muzycy zaszyli się w studiu i pracowali nad premierowym materiałem, który właśnie ujrzał światło dzienne w postaci albumu, zatytułowanego „After The End”. I co? I, chyba jak zawsze, Amerykanie sprawili wszystkim wielką niespodziankę. Nagrali płytę, której nie spodziewał się po nich chyba nikt – oprócz tych, którzy wiedzieli, że po tym zespole spodziewać się można dosłownie wszystkiego. Nagrali płytę wyjątkowo spokojną, łagodną, wyciszoną, płytę, na której nie ma właściwie najmniejszego śladu punk rocka. Ba, nie ma nawet śladu dawnej energii i dynamiki. Kolejne utwory zdają się ciągnąć dość leniwie i niespiesznie, choć to oczywiście tylko pozory – w rzeczywistości kryje się w nich spora dawka niezwykłej ekspresji i mnóstwo intrygujących pomysłów. To płyta, której trzeba słuchać uważnie i wiele razy, choć dziś to coraz trudniejsze. Potrafi ona jednak mocno odpłacić za poświęcony sobie czas.