To jest zespół, który zdecydowanie wyróżniał się spośród zalewu przedstawicieli sceny emo dwie dekady temu i wyróżnia się równie zdecydowanie dziś. Dobrze więc, że wrócił. Nawet jeśli tylko na chwilę.

REKLAMA
Renesans emo staje się faktem coraz bardziej znaczącym i widocznym, a nie tylko kolejnym wymysłem dziennikarzy muzycznych, szukających następnego poczytnego tematu. Staje się faktem, który przynosi wymierne efekty – choćby w postaci przybierających dziś niemal epidemii reaktywacji słynnych zespołów sprzed lat, prawdziwych klasyków i mistrzów tego gatunku. Wracają na scenę, grają koncerty, przypominają swoje dawne płyty, największe przeboje, ich członkowie czasem decydują się na coś, co zawsze jest nieco ryzykowne: pracę nad nowymi utworami, a nawet nagrywanie premierowych płyt.
Oto jeden z takich właśnie przypadków, jeden z ważnych zespołów sceny emo, którego muzycy postanowili po dwóch dekadach przerwy znów stanąć na scenie, przypomnieć o sobie swoim dawnym wielbicielom i tym, którzy z racji wieku nigdy nie mieli szansy zobaczyć ich na żywo.
Tym razem chodzi o grupę, który w zgodnej opinii znawców gatunku uważana jest za jedną z najwybitniejszych, a z dzisiejszej perspektywy jej twórczość wydaje się na dodatek ciekawym przypadkiem przekraczania stylistycznych granic. Chodzi o amerykańską formację Mineral. Grupa pierwotnie istniała bardzo krótko – zaledwie trzy lata. Powstała w 1994 roku w Teksasie – jej członkowie wywodzili się z Houston, ale przeprowadzili się do Austin, uznawanego za miasto najbardziej liberalne i najbardziej rozwinięte muzyczne w całym stanie.
W czasie swojej krótkiej działalności ta czwórka muzyków nagrała zaledwie kilkanaście kompozycji, które trafiły na nieliczne single i dwie płyty długogrające: wydany w 1997 roku album „The Power Of Failing” i opublikowany już po rozpadzie grupy „EndSerenading”. Muzycy współpracowali z niezależną wytwórnią Crank! Records i uznawani byli za zespół związany ze sceną emo. Choć kiedy dziś słucha się ich nagrań bardzo wyraźnie słychać, że nie sposób nie klasyfikować ich gatunkowo nieco szerzej: przecież wyraźnie można się w nich doszukać elementów innych stylistyk i uznać za dość ciekawe połączenie klasycznego emo, indie rocka, a może nawet swoistej odmiany grunge’u – ale raczej tego w wydaniu takich zespołów jak Sunny Day Real Estate, niż Soundgarden.
Muzyka grupy to granie bardzo gęste pod względem ilości gitarowych ścieżek, bardzo potężne pod względem brzmieniowym, tak mocne, że niemal przytłaczające. I to zarówno jeśli chodzi o kwestie czysto muzyczne, jak i o – bardzo przecież ważny w przypadku formacji z tego kręgu – emocjonalny ładunek poszczególnych piosenek. Wszystko: sposób śpiewania wokalisty, osobiste, niemal intymne teksty, żarliwość słyszalna w każdym takcie, mówią jasno i wyraźnie, że to nie jest muzyka wykoncypowana na chłodno, wyrachowana, z premedytacją przygotowana w taki sposób, żeby działała na słuchacza. Nic z tych rzeczy – na dwóch płytach wyraźnie słychać, że jej autorzy wadzili się podczas ich nagrywania z najróżniejszymi emocjonalnymi problemami i z powodzeniem przenieśli efekty tych zmagań do swoich piosenek.
I bardzo dobrze się stało, że ten zespół powrócił, choć tylko na krótko: muzycy przygotowali reedycję obu swoich wydawnictw i zagrali kilka koncertów, które wyraźnie wskazują, że dawne emocje w żaden sposób nie wyparowały z muzyki grupy.