Aż dziwne, że o tym zespole jest tak cicho. Nie dość, że to prawdziwa emo-punkowa supergrupa, na dodatek nagrywa znakomite piosenki. Na najnowszej płycie jest ich co niemiara.
REKLAMA
Choć coraz głośniej dziś w muzycznych mediach o najróżniejszych zespołach ze sceny niezależnej – zwłaszcza o tych, które choćby otarły się o coraz modniejszą estetykę emo – o tym zespole nie słychać prawie wcale. To dziwne, bo zasługuje na to, jak mało który. Rzadko do piosenek tak bardzo pasuje – zdecydowanie nadużywane przez dziennikarzy muzycznych – porównanie do hymnów. Piosenki Iron Chic na hymny nadawałby się bowiem znakomicie: oparte są na melodiach, które wpadają w ucho od pierwszego przesłuchania, zawierają w sobie odpowiednią dozę podniosłości, daleką na szczęście od tego, żeby popaść w patos. Na dodatek mają świetne, pełne emocji teksty, w których bardzo łatwo odnaleźć opowieści z własnego życia.
Jednym słowem: prawdziwa perełka na scenie nowego emo-punka, perełka póki co prawie zupełnie niedostrzeżona i doceniona w zasadzie tylko w łonie środowiska, z którego zespół się wywodzi – sceny niezależnej. Podczas niedawnego festiwalu The Fest w Gainesville, niepisanej stolicy emo-punka już od lat 90-tych, festiwalu, który jest najważniejszym świętem tego gatunku, zespół występował na głównej, plenerowej scenie, przyciągając prawdziwy tłum wielbicieli, śpiewających z wokalistą każdy wers każdego tekstu.
Iron Chic to grupa, która – jak kilka innych – powstała na gruzach wywodzącej się z Huntington w stanie Nowy Jork formacji Latterman. Ten istniejący ponad pół dekady zespół nigdy nie był wielką gwiazdą, nawet na scenie niezależnej, ale – co ciekawe – po swoim rozpadzie dał początek wielu nowym składom, które zyskują dziś coraz większą sławę. Dawni członkowie grupy grają dziś m.in. w takich formacjach jak RVIVR, Bridge And Tunnel czy właśnie Iron Chic.
Ostatnia z tych grup formalnie pochodzi z Long Island, istnieje od kilku lat, ma w dorobku spory zestaw wydawnictw, wśród których uwagę zwracają przede wszystkim dwa pełnowymiarowe albumy, ale uzupełnia go spora ilość epek i singli, czasem samodzielnych, a czasem wydawanych w formie tzw. splitów, czyli wspólnych wydawnictw dwóch zespołów. Najnowszy album grupy ukazał się prawie dokładnie rok temu – na początku listopada 2013 roku, nakładem mocno zasłużonej dla sceny niezależnej wytwórni Bridge Nine Records. Zatytułowany jest „The Constant One” i od pierwszej do ostatniej minuty czaruje swoją zawrotną przebojowością, żarliwością, połączeniem porywających melodii z poruszającymi, osobistymi tekstami, brakiem pretensji przy jednoczesnym niezwykłym talencie do przyciągania uwagi słuchacza – a to wszystko to przecież w gruncie rzeczy naprawdę trudna sztuka. Jeśli szukać na współczesnej scenie definicji dobrego emo-punka, to ta płyta byłaby bardzo mocnym kandydatem. Zdecydowanie warto to sprawdzić osobiście.
Jednym słowem: prawdziwa perełka na scenie nowego emo-punka, perełka póki co prawie zupełnie niedostrzeżona i doceniona w zasadzie tylko w łonie środowiska, z którego zespół się wywodzi – sceny niezależnej. Podczas niedawnego festiwalu The Fest w Gainesville, niepisanej stolicy emo-punka już od lat 90-tych, festiwalu, który jest najważniejszym świętem tego gatunku, zespół występował na głównej, plenerowej scenie, przyciągając prawdziwy tłum wielbicieli, śpiewających z wokalistą każdy wers każdego tekstu.
Iron Chic to grupa, która – jak kilka innych – powstała na gruzach wywodzącej się z Huntington w stanie Nowy Jork formacji Latterman. Ten istniejący ponad pół dekady zespół nigdy nie był wielką gwiazdą, nawet na scenie niezależnej, ale – co ciekawe – po swoim rozpadzie dał początek wielu nowym składom, które zyskują dziś coraz większą sławę. Dawni członkowie grupy grają dziś m.in. w takich formacjach jak RVIVR, Bridge And Tunnel czy właśnie Iron Chic.
Ostatnia z tych grup formalnie pochodzi z Long Island, istnieje od kilku lat, ma w dorobku spory zestaw wydawnictw, wśród których uwagę zwracają przede wszystkim dwa pełnowymiarowe albumy, ale uzupełnia go spora ilość epek i singli, czasem samodzielnych, a czasem wydawanych w formie tzw. splitów, czyli wspólnych wydawnictw dwóch zespołów. Najnowszy album grupy ukazał się prawie dokładnie rok temu – na początku listopada 2013 roku, nakładem mocno zasłużonej dla sceny niezależnej wytwórni Bridge Nine Records. Zatytułowany jest „The Constant One” i od pierwszej do ostatniej minuty czaruje swoją zawrotną przebojowością, żarliwością, połączeniem porywających melodii z poruszającymi, osobistymi tekstami, brakiem pretensji przy jednoczesnym niezwykłym talencie do przyciągania uwagi słuchacza – a to wszystko to przecież w gruncie rzeczy naprawdę trudna sztuka. Jeśli szukać na współczesnej scenie definicji dobrego emo-punka, to ta płyta byłaby bardzo mocnym kandydatem. Zdecydowanie warto to sprawdzić osobiście.
