O tym zespole z miesiąca na miesiąc robi się coraz głośniej. I bardzo dobrze, bo to bez dwóch zdań jedna z najciekawszych propozycji nowej sceny emo.
REKLAMA
Przez kilka lat ta historia – która została na tym blogu opowiedziana już bardzo dawno temu – działa się bardzo mocno poniżej zasięgu większości radarów muzycznej branży i mediów. Ot, jeszcze jeden nikomu nieznany zespół z nikomu nieznanego miasta, wydający swoje piosenki w nikomu nieznanej wytwórni. I nawet to, że były to piosenki naprawdę wyjątkowe: znakomicie wymyślone, nietypowo zagrane, z tekstami poruszającymi do łez i emocjami wprost eksplodującymi z każdej nuty, niewiele tu pomagało. Owszem, zespół zdobywał kolejnych wielbicieli – bo nie sposób było się oprzeć niezwykłemu urokowi jego piosenek, ale to wciąż była tylko sensacja znana bardzo, bardzo nielicznym.
I tak mogło zostać już na zawsze, a przynajmniej do czasu, kiedy zespół rozpadłby się z jakiejś prozaicznej przyczyny, ukrywającej prawdę o tym, że jego członkowie nie widzieli już po prostu żadnego sensu w graniu dla siebie i dla kilkorga swoich znajomych. Ale czasem na szczęście ta historia o kimś, kto ma talent, ale kompletnie nie umie go sprzedać, nie kończy się tak, jak zawsze – czasem się udaje, czasem prawdziwie poruszająca sztuka robi tak duże wrażenie, że nawet bez promocji zaczyna żyć szerszym niż dotąd życiem.
Tak się właśnie dzieje w przypadku tego zespołu – o grupie z zaskakująco długą i zastanawiającą nazwą The World Is A Beatiful Place And I Am No Longer Afraid To Die zaczyna być coraz głośniej: wzmianki i większe materiały na łamach coraz większej ilości muzycznych serwisów i blogów, koncerty na coraz większych scenach, coraz większy hype w środowisku, współpraca z najmodniejszą wytwórnią promującą nowe emo, Topshelf Records.
Tym muzykom, ciężko pracującym na szersze zainteresowanie, zdecydowanie się ono należy. Najlepszy dowód: kilka ostatnich koncertów, m.in. na festiwalach CMJ, The Fest i Fun Fun Fun, na których zespół pokazał, że na żywo wypada naprawdę niezwykle, a ta nietypowo duża ilość osób i instrumentów na scenie naprawdę ma sens i robi różnicę.
Kolejnym argumentem świadczącym o tym, że na tę grupę warto zwrócić uwagę, jest bez dwóch zdań jej najnowsze wydawnictwo, trwająca prawie pół godziny epka, zatytułowana „Between Bodies”, po której ukazał się jeszcze krótki singel, będący ewidentnie dopełnieniem znajdującego się niej materiału.
Mimo, że w podstawowym składzie zespołu jest już prawie dziesięć osób, muzycy zdecydowali się zaprosić do współpracy jeszcze jednego artystę, to poeta Chris Zizzamia, którego wiersze ozdabiają najnowsze kompozycje grupy, wiersze które zresztą sam recytuje w porywający sposób, zarówno w studiu nagraniowym podczas sesji do tych dwóch płyt, jak i najnowszych koncertach grupy.
Jego teksty, balansujące, czasem dość ryzykownie, między newage’owym banałem, a poruszającymi metaforami i dającymi do myślenia pomysłami, są znakomitą ilustracją do delikatnej muzyki grupy. Na najnowszych wydawnictwach zespół pokazuje na dodatek cały zakres swoich możliwości: od ambientowego gitarowego szumu, przez akustyczne, minimalistyczne piosenki – takie jak choćby właśnie „Shoppers Beef”, która trafiła do najnowszego repertuaru koncertowego grupy – aż do mocniejszych utworów, w których „core” bierze lekko górę nad „emo”. Całkiem uzasadniony szum wokół zespołu daje nadzieję, że będzie jeszcze okazja o nim usłyszeć, a może nawet zobaczyć na koncertach gdzieś bliżej niż w ojczyźnie muzyków. Oby rzeczywiście tak było.
I tak mogło zostać już na zawsze, a przynajmniej do czasu, kiedy zespół rozpadłby się z jakiejś prozaicznej przyczyny, ukrywającej prawdę o tym, że jego członkowie nie widzieli już po prostu żadnego sensu w graniu dla siebie i dla kilkorga swoich znajomych. Ale czasem na szczęście ta historia o kimś, kto ma talent, ale kompletnie nie umie go sprzedać, nie kończy się tak, jak zawsze – czasem się udaje, czasem prawdziwie poruszająca sztuka robi tak duże wrażenie, że nawet bez promocji zaczyna żyć szerszym niż dotąd życiem.
Tak się właśnie dzieje w przypadku tego zespołu – o grupie z zaskakująco długą i zastanawiającą nazwą The World Is A Beatiful Place And I Am No Longer Afraid To Die zaczyna być coraz głośniej: wzmianki i większe materiały na łamach coraz większej ilości muzycznych serwisów i blogów, koncerty na coraz większych scenach, coraz większy hype w środowisku, współpraca z najmodniejszą wytwórnią promującą nowe emo, Topshelf Records.
Tym muzykom, ciężko pracującym na szersze zainteresowanie, zdecydowanie się ono należy. Najlepszy dowód: kilka ostatnich koncertów, m.in. na festiwalach CMJ, The Fest i Fun Fun Fun, na których zespół pokazał, że na żywo wypada naprawdę niezwykle, a ta nietypowo duża ilość osób i instrumentów na scenie naprawdę ma sens i robi różnicę.
Kolejnym argumentem świadczącym o tym, że na tę grupę warto zwrócić uwagę, jest bez dwóch zdań jej najnowsze wydawnictwo, trwająca prawie pół godziny epka, zatytułowana „Between Bodies”, po której ukazał się jeszcze krótki singel, będący ewidentnie dopełnieniem znajdującego się niej materiału.
Mimo, że w podstawowym składzie zespołu jest już prawie dziesięć osób, muzycy zdecydowali się zaprosić do współpracy jeszcze jednego artystę, to poeta Chris Zizzamia, którego wiersze ozdabiają najnowsze kompozycje grupy, wiersze które zresztą sam recytuje w porywający sposób, zarówno w studiu nagraniowym podczas sesji do tych dwóch płyt, jak i najnowszych koncertach grupy.
Jego teksty, balansujące, czasem dość ryzykownie, między newage’owym banałem, a poruszającymi metaforami i dającymi do myślenia pomysłami, są znakomitą ilustracją do delikatnej muzyki grupy. Na najnowszych wydawnictwach zespół pokazuje na dodatek cały zakres swoich możliwości: od ambientowego gitarowego szumu, przez akustyczne, minimalistyczne piosenki – takie jak choćby właśnie „Shoppers Beef”, która trafiła do najnowszego repertuaru koncertowego grupy – aż do mocniejszych utworów, w których „core” bierze lekko górę nad „emo”. Całkiem uzasadniony szum wokół zespołu daje nadzieję, że będzie jeszcze okazja o nim usłyszeć, a może nawet zobaczyć na koncertach gdzieś bliżej niż w ojczyźnie muzyków. Oby rzeczywiście tak było.
