Takich zespołów powstaje ostatnio coraz więcej, ale ten wyróżnia się spośród nich dość wyraźnie. Zaowocowało to sporą grupą fanów, której grupa szybko doczekała się w rodzinnych Stanach Zjednoczonych.
REKLAMA
W Europie mało jeszcze znana, w swej ojczyźnie zaczyna zapełniać coraz większe kluby i cieszyć się rosnącym powodzeniem – a na koncertach widać wyraźnie, że tu chodzi o coś więcej niż tylko skakanie przy – nader przebojowych – piosenkach. Widać, że muzykom grupy udaje się coś, co nie zawsze wychodzi – nawiązanie mocnego kontaktu emocjonalnego ze swoimi fanami. Sami chętnie mówią o sobie, że są rodziną i że z fanami też łączą ich niemal rodzinne więzi. Brzmi to oczywiście trochę patetycznie, ale coś jest na rzeczy. Tym bardziej, jeśli wziąć pod uwagę bardzo osobiste teksty piosenek – coś, co jest przecież jedną z definiujących cech gatunku, w którym porusza się zespół, stylu wywodzącego się wprost z klasycznego emo core’a z lat dziewięćdziesiątych.
Zresztą z tym byciem rodziną jest coś na rzeczy – dosłownie i w przenośni. Trójka muzyków tworzących tę grupę zna się właściwie od zawsze: dwóch z nich to bracia, trzeci – przyjaciel z dzieciństwa, z którym obaj są nierozłączni w zasadzie od zawsze. Wspólnie grać muzykę zaczęli już w gimnazjum i nie przestają do dziś. Zabawę w zespół zamienili na prawdziwe granie mniej więcej w okolicach początku obecnej dekady – to właśnie wtedy ukazała się ich debiutancka epka o dziecinnie eskapistycznym tytule „Moving To Antarctica”. Potem muzycy, punkowym zwyczajem, przygotowali materiał na kilka split singli z zaprzyjaźnionymi zespołami, żeby zabrać się wreszcie do pracy nad pełnowymiarowym debiutem.
Udało im się go wydać w 2013 roku. Nosił tytuł „This Couch Is Long & Full Of Friendship” i przysporzył zespołowi sporej ilości nowych wielbiciel. W kończącym się właśnie roku muzycy poszli za tym celnym ciosem: podpisali kontrakt z wytwórnią nieco większą od domowego przedsięwzięcia, w którym wcześniej wydawali swoją muzykę i zaczęli pracować nad nowymi piosenkami. Trafiły one na album „Pleasant Living”, który ujrzał światło dzienne za sprawą oficyny Triple Crown Records. Dzięki temu muzyka grupy trafiła do znacznie szerszej publiczności niż do tej pory.
Efekt był taki, że kiedy jesienią zespół promował ten album trasą po Stanach u boku grupy Dads, mimo że to ta druga wydała płytę, o której rozpisywały się wszystkie muzyczne media, bez trudu można było odnieść wrażenie, że większość publiczności przychodzi na koncerty raczej dla Tiny Moving Parts, żeby śpiewać wszystkie teksty wraz z wokalistą zespołu i słuchać pełnych emocji opowieści, które serwował widzom między utworami.
Nic więc dziwnego, że muzycy – mając pełną świadomość, że to jest ich pięć minut – kują żelazo póki gorące i nie przestają grać koncertów. Choć zima nie sprzyja za bardzo podróżowaniu, cały przełom roku mają wypełniony koncertami. Na razie nie planują jednak niestety wycieczki do Europy. Może kiedyś...
Zresztą z tym byciem rodziną jest coś na rzeczy – dosłownie i w przenośni. Trójka muzyków tworzących tę grupę zna się właściwie od zawsze: dwóch z nich to bracia, trzeci – przyjaciel z dzieciństwa, z którym obaj są nierozłączni w zasadzie od zawsze. Wspólnie grać muzykę zaczęli już w gimnazjum i nie przestają do dziś. Zabawę w zespół zamienili na prawdziwe granie mniej więcej w okolicach początku obecnej dekady – to właśnie wtedy ukazała się ich debiutancka epka o dziecinnie eskapistycznym tytule „Moving To Antarctica”. Potem muzycy, punkowym zwyczajem, przygotowali materiał na kilka split singli z zaprzyjaźnionymi zespołami, żeby zabrać się wreszcie do pracy nad pełnowymiarowym debiutem.
Udało im się go wydać w 2013 roku. Nosił tytuł „This Couch Is Long & Full Of Friendship” i przysporzył zespołowi sporej ilości nowych wielbiciel. W kończącym się właśnie roku muzycy poszli za tym celnym ciosem: podpisali kontrakt z wytwórnią nieco większą od domowego przedsięwzięcia, w którym wcześniej wydawali swoją muzykę i zaczęli pracować nad nowymi piosenkami. Trafiły one na album „Pleasant Living”, który ujrzał światło dzienne za sprawą oficyny Triple Crown Records. Dzięki temu muzyka grupy trafiła do znacznie szerszej publiczności niż do tej pory.
Efekt był taki, że kiedy jesienią zespół promował ten album trasą po Stanach u boku grupy Dads, mimo że to ta druga wydała płytę, o której rozpisywały się wszystkie muzyczne media, bez trudu można było odnieść wrażenie, że większość publiczności przychodzi na koncerty raczej dla Tiny Moving Parts, żeby śpiewać wszystkie teksty wraz z wokalistą zespołu i słuchać pełnych emocji opowieści, które serwował widzom między utworami.
Nic więc dziwnego, że muzycy – mając pełną świadomość, że to jest ich pięć minut – kują żelazo póki gorące i nie przestają grać koncertów. Choć zima nie sprzyja za bardzo podróżowaniu, cały przełom roku mają wypełniony koncertami. Na razie nie planują jednak niestety wycieczki do Europy. Może kiedyś...
