Posiadacz zawrotnych wąsów, akordeonu i znakomitego poczucia humoru. I talentu, który pozwala pisać tak wspaniałe piosenki, jak ta.

REKLAMA
Jest taki obraz. Bardzo znany. Za bardzo. Reprodukowany tyle razy, umieszczany w najróżniejszych kontekstach, wykorzystywany na najróżniejsze sposoby, że dziś już w zasadzie kompletnie nic nie znaczy.
Przelatuje co chwila przed oczami, na równi z logotypami wielkich korporacji, Einsteinem wystawiającym język czy wizerunkiem Myszki Miki. A przecież, mimo tej dewaluacji, mimo tego zbanalizowania, ten obraz wciąż ma w sobie ogromną siłę i jeśli odrzucić wszystkie konteksty, które narosły na nim przez ostatnich kilka dekad, daje bardzo mocno do myślenia o tym, co jest prawdziwe, a co wcale nie, co się dzieje naprawdę, a co tylko zmyślamy, co relacjonujemy, a o czym wolimy nakłamać.
I o tym właśnie jest ta piosenka:

Obraz to słynne dzieło belgijskiego surrealisty, Rene Magritte’a „Zdradliwość obrazów”, które przedstawia fajkę, przy której widnieje napis „To nie jest fajka”. A piosenkę, która za tytuł wzięła właśnie ten prowokujący do refleksji nad dziełem Belga napis, napisał Franz Nicolay, jeden z najciekawszych artystów na współczesnej nowojorskiej scenie nowego folku i akustycznego singer/songwritingu.
Przez całe lata był gdzieś z tyłu, gdzieś w tle. Najpierw grał w zespole World/Inferno Friendship Society, potem – The Hold Steady. W obu był bardzo ważny – jego partie grane na akordeonie czy bandżo, często decydowały o brzmieniu danego utworu, ale jednak w obu był trochę na uboczu: jego zawrotnie zakręcony wąs i nie opuszczające go poczucie humoru nie pasowało za bardzo ani do punkowej orkiestry ani do zespołu, piszącego – znakomite swoją drogą – rockowe hymny o i - nie tylko - dla młodzieży z prowincji.
Koniec końców Nicolay zdecydował się na karierę solową. Z jednej strony wyszedł na tym słabo – z coraz popularniejszym The Hold Steady grywał już koncerty w wielkich halach i na gigantycznych scenach festiwalowych, dziś koncertuje dla kilka osób w brooklyńskich piwnicach. Z drugiej jednak – dzięki temu mógł się rozwinąć jego niezwykły talent. Zarówno do pisania świetnych piosenek, ciekawych, pełnych kulturowych odniesień tekstów, ale także do zabawiania publiczności – jego występy to tylko po części zwykłe koncerty, bo anegdoty, które artysta opowiada między utworami upodobniają je trochę do wieczorów w stylu stand-up comedy.
Będzie się można o tym przekonać podczas kolejnej wizyty artysty w Polsce. W jej ramach zagra: w szczecińskim Free Blues Clubie w środę, 9 maja, dzień później w gdańskiej Kafe Delfin, a w piątek, 11 maja – we Wrocławiu w klubie Falanster. A potem jeszcze w poznańskiej Meskalinie (29 maja) i łódzkich Owocach i Warzywach (30 maja). Na pewno będę na czwartkowym koncercie. I mam nadzieję, że ta piosenka na nim zabrzmi. I będę się starał w jej trakcie przekonać samego siebie, że „wcale nie byłem nieszczęśliwy przez całe życie”.