Mistrz opowiadania epickich (w tym zupełnie staroświeckim i chyba coraz mniej dziś zrozumiałym sensie tego słowa) historii i jego zespół wracają. Wreszcie.

REKLAMA
Nie brakuje na muzycznej scenie zespołów, w przypadku których sukces wydaje się niemal pewny – mają świetne piosenki, dobre teksty, trafiają w swój czas, czyli modę, na granie, które proponują – a jednak coś się nie udaje, a jednak pojawiają się jakieś powody, że nie dostają tego, na co zasługują: uwagi szerszej publiczności. Czasem to powody racjonalne i uzasadniające tę sytuację, a czasem to po prostu nieznośny, niemożliwy do przezwyciężenia pech.
To jest właśnie przykład takiego zespołu. Grupy, która istnieje od lat, ociera się bardzo skutecznie o przedsionek dużej sławy i występów na największych scenach, a jednak cały czas nie może przekroczyć jego progu, pozostając obiektem zachwytów relatywnie niewielkiej grupy zagorzałych wielbicieli, a zarazem – jednym z największych, ukrytych, skarbów amerykańskiej sceny indie.
Grupa powstała na początku wieku w Portland w stanie Oregon, jednym z najbardziej aktywnych, jeśli chodzi o scenę muzyczną, miast w Stanach Zjednoczonych i od pierwszych miesięcy swojej działalności stawia na twórczość wyrafinowaną, pełną literackich nawiązań czy aluzji do historii. Już przecież sama jej nazwa dowodzi, że nie będzie łatwo – kto dziś, zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych, skąd wywodzi się ten zespół, pamięta o powstaniu dekabrystów, jednym z niewielu otwartych antysystemowych wystąpień w carskiej Rosji. Niecodzienne wrażenie robili też członkowie zespołu, którzy w pierwszych latach swojej działalności bardzo konsekwentnie występowali w strojach z czasów amerykańskiej wojny secesyjnej.
O ile od zawsze grają muzykę ocierającą się o przebojowość, opatrzoną łagodnym, ciepłym, akustycznym brzmieniem, o tyle już teksty lidera zespołu, Colina Meloya, wymagają większej uwagi. Muzyk – który, nota bene, poza nagraniami z zespołem od czasu do czasu raczy swoich fanów samodzielnie nagrywanymi epkami z coverami słynnych artystów, np. Morrisseya – jest prawdziwym mistrzem pisania epickich opowieści, w których wciela się w postacie żywcem wyjęte z kanonu klasycznej literatury, niczym z książek Jane Austin.
W historii grupy było co najmniej kilka momentów, w których wydawało się, że zaraz sięgnie szczytu – kilka płyt z jej sporej dyskografii cieszyło się sporym powodzeniem, sypały się świetne recenzje, a nawet nominacje do najbardziej liczących się w branży nagród (choćby do Grammy w 2011 roku). Ale nigdy się to w zasadzie nie udało – zespół nigdy nie osiągnął poziomu popularności wielu innych amerykańskich wykonawców, poruszających się w podobnych klimatach, takich jak choćby Fleet Foxes czy Felice Brothers, nie mówiąc już o Bon Iverze.
I, niestety, nic nie wskazuje, żeby tym razem miało być inaczej, choć najnowsza, wydana właśnie, płyta zespołu, „What A Terrible World, What A Beatiful World”, z powodzeniem trzyma wysoki poziom poprzednich albumów. Ale, widać, ten zespół nie jest stworzony do tego, żeby być gwiazdą. Najważniejsze, że wciąż nagrywa znakomite utwory.