W świecie fanów post-hardcore’owego i post-emowego grania metamorfoza, która niespodziewanie przeszedł ten zespół była jednym z największych zaskoczeń 2014 roku.

REKLAMA
Zespół o charakterystycznej, dającej do myślenia i trudnej do nie zauważenia, nazwie Pianos Become The Teeth pochodzi z Baltimore w stanie Maryland. Powstał mniej więcej w połowie poprzedniej dekady i bardzo szybko stał się częścią nieformalnego kolektywu muzyków, zwanego „The Wave”. To artyści którzy w krótkim czasie bardzo skutecznie zawładnęli sceną post-hardcore’ową, zdefiniowali na nowo ten gatunek, wyznaczyli jego standardy i bardzo wysoko zawiesili poprzeczkę.
W tej niecodziennej konfederacji pierwsze skrzypce gra dziś oczywiście zespół Touche Amore, który z coraz większym powodzeniem wykracza poza granice sceny alternatywnej, stając się formacją rozpoznawalną dla o wiele szerszej publiczności i grając koncerty na coraz większych scenach, zarówno w Stanach, jak i – co nie zawsze idzie ze sobą w parze, zwłaszcza w przypadku tego typu zespołów – w Europie. Inne formacje, którym nie udało się, może tylko: jak na razie, tak mocno przekroczyć granic środowiskowego uznania to m.in.: La Dispute, Defeater, Make Do And Mend i właśnie Pianos Become The Teeth. Wspólne cechy ich twórczości, będące ewidentnym nawiązaniem do tego, co robiły klasyczne zespoły emo-core’owej i screamowej drugiej fali w latach dziewięćdziesiątych, to ostre granie, nie pozbawione swoistej melodyjności i teksty, w których na pierwszy plam wysuwa się szczerość i odnoszenie się do własnych przeżyć i najgłębiej choćby skrywanych emocji.
Pierwsze nagrania Pianos Become The Teeth doskonale odpowiadały tej definicji – były bardzo szorstkie pod względem brzmienia i mocno poruszające w swej warstwie lirycznej. O tym, że muzykom z Baltimore ta estetyka jest bardzo bliska świadczyły pierwsze wydawnictwa sygnowane ich nietypową nazwą: demo, wczesne epki i splity – wśród nich: ten dzielony z liderami środowiska, muzykami grupy Touche Amore, a wreszcie wydany w 2009 roku pełnowymiarowy debiut, album zatytułowany „Old Pride”. Kiedy dwa lata później grupa wydała swoją kolejną płytę, „The Lack Long After”, utrzymaną w bardzo podobnej poetyce, wydawało się, że na dobre utrwaliła swoją pozycję, jako zespołu, po którym spodziewać się można głośnych, momentami wręcz drapieżnych riffów i wrzasku wokalisty.
I wtedy nastąpił nagły, zupełnie zaskakujący zwrot akcji. Oto bowiem grupa przygotowała kolejny album, zatytułowany „Keep You”, który był pierwszym wydawnictwem w nowych barwach – muzycy podpisali kontrakt z zasłużonym dla sceny alternatywnej wydawnictwem Epitaph. Szybko okazało się też, że jest jednocześnie pierwszym wydawnictwem, na którym muzycy poszli w zupełnie inną niż do tej pory stronę. Zaskoczeni słuchacze zamiast znanych do tej pory dźwięków usłyszeli niemal delikatne brzmienie czystych, nieprzesterowanych gitar i wokalistę, który zamiast krzyczeć po prostu zwyczajnie śpiewa. Niespodzianka była ogromna, ale dla wielu dotychczasowych fanów zespołu okazała się bardzo nieprzyjemna – nie tego oczekiwali ulubionego zespołu.
Dziś, kiedy od premiery płyty minęło już trochę czasu i emocje z nią związane nieco opadły, można spróbować przyjrzeć się jej na spokojnie. I dostrzec, że znalazło się na niej wiele zaskakująco interesujących pomysłów – duża część piosenek, które trafiły na „Keep You” to utwory, które zwracają uwagę. To bardzo udane, ciekawe kompozycje, które mimo swej pozornej nieprzebojowości, potrafią zostać w głowie na dłużej. Ta płyta to typowy „grower”, czyli album, który pokazuje swoją siłę dopiero po wielu przesłuchaniach. I każe niecierpliwie czekać na kolejne płyty grupy.