Emo coraz skuteczniej wypiera ostrzejsze granie z pierwszych szeregów amerykańskiej sceny niezależnej. Oto kolejny dowód – symboliczny i dosłowny.
REKLAMA
Jeszcze kilka lat temu ostre granie, określane często jako post-hardcore miało mocne miejsce na amerykańskiej scenie niezależnej. Trochę zaskakująco – bo, koniec końców, ze względu na swój brzmieniowy radykalizm nie jest to przecież muzyka dla każdego – zespoły specjalizujące się w tego typu graniu z miesiąca na miesiąc pięły się coraz wyżej, jeśli chodzi o ilość wielbicieli i wielkość miejsc, w których grały koncerty. Zaczynały od piwnic i garaży swoich znajomych, a potrafiły trafić na mniejsze sceny najważniejszych festiwali – jak np. La Dispute, grający z powodzeniem na, owszem, mocno rockowym, podwójnym festiwalu w Reading i Leeds czy Touche Amore – najbardziej chyba znany zespół z tego grona – który w tym roku wystąpi np. na Coachelli.
Ale wyraźnie widać, że nowa moda – coraz większa popularność zespołów odwołujących się do klasycznego emo drugiej fali z lat dziewięćdziesiątych - zaczyna powoli wypierać zespoły grające bardzo ostro i wokalistów krzyczących bardzo głośno. Czasem przybiera to postać nader zaskakujących zmian stylistyki – zespoły znane z mocnych brzmień nagle zaczynają grać o wiele łagodniej i pisać piosenki z bardzo, co tu dużo kryć, ładnymi melodiami. Takie metamorfozy przeszły ostatnio zespoły Title Fight i Pianos Becomes The Teeth.
Okazuje się, że jest jeszcze inna formuła skręcenia na drogę melodyjnych piosenek i miękkich gitar. Oto przykład – zespół Adventures. Kilka lat temu w Pittsburghu w Pessnylvanii powstał zespół Code Orange Kids – zasłynął z bardzo ostrej muzyki i dość radykalnych tekstów, a także z niezwykle żywiołowych występów scenicznych. Kolorytu całej sprawie dodawał także bardzo młody wiek członków grupy. To wszystko złożyło się na sporą popularność, którą zyskała ta formacja – popularność, która szybko i mocno przekroczyła granice sceny niezależnej.
Po kilku latach i kilku płytach muzycy trochę dorośli, uspokoili nieco swoje granie i swoje zachowanie na scenie – to wszystko sprawiło, że zdecydowali się nawet lekko zmodyfikować swoją nazwę, odejmując od niej brzmiące coraz bardziej niepoważnie w związku z ich wiekiem słowo „kids”.
Dziś debiutują w zgoła nowej konfiguracji – od jakiegoś czasu część muzyków zespołu po godzinach grało zupełnie inną muzykę – o wiele lżejszą i łagodniejszą niż ta, którą wykonywali na co dzień. Żeby miało to ręce i nogi założyli nawet osobny zespół, swego rodzaju poboczny projekt, który funkcjonował sobie powoli na marginesie ich głównej muzycznej działalności.
Ale dziś wszystko wskazuje na to, że punkt ciężkości przeniósł się właśnie na ów poboczny projekt – zespół Adventures, po wydaniu wcześniej trzech epek zaprezentował właśnie swój pełnometrażowy debiut, album „Supersonic Home”, który ukazał się nakładem cenionej niezależnej wytwórni Run For Cover Records. Płyta spotkała się z bardzo ciepłym przyjęciem, jej autorzy postanowili więc wyruszyć na trasę koncertową u boku zespołu Whirr, podczas której będą ją promować w Stanach. O płycie napisało już sporo blogerów, o zespole robi się coraz głośniej, wszystko wskazuje na to, że popularnością zaczyna powoli przerastać swojego niszowego, hard core’owego protoplastę.
Ale wyraźnie widać, że nowa moda – coraz większa popularność zespołów odwołujących się do klasycznego emo drugiej fali z lat dziewięćdziesiątych - zaczyna powoli wypierać zespoły grające bardzo ostro i wokalistów krzyczących bardzo głośno. Czasem przybiera to postać nader zaskakujących zmian stylistyki – zespoły znane z mocnych brzmień nagle zaczynają grać o wiele łagodniej i pisać piosenki z bardzo, co tu dużo kryć, ładnymi melodiami. Takie metamorfozy przeszły ostatnio zespoły Title Fight i Pianos Becomes The Teeth.
Okazuje się, że jest jeszcze inna formuła skręcenia na drogę melodyjnych piosenek i miękkich gitar. Oto przykład – zespół Adventures. Kilka lat temu w Pittsburghu w Pessnylvanii powstał zespół Code Orange Kids – zasłynął z bardzo ostrej muzyki i dość radykalnych tekstów, a także z niezwykle żywiołowych występów scenicznych. Kolorytu całej sprawie dodawał także bardzo młody wiek członków grupy. To wszystko złożyło się na sporą popularność, którą zyskała ta formacja – popularność, która szybko i mocno przekroczyła granice sceny niezależnej.
Po kilku latach i kilku płytach muzycy trochę dorośli, uspokoili nieco swoje granie i swoje zachowanie na scenie – to wszystko sprawiło, że zdecydowali się nawet lekko zmodyfikować swoją nazwę, odejmując od niej brzmiące coraz bardziej niepoważnie w związku z ich wiekiem słowo „kids”.
Dziś debiutują w zgoła nowej konfiguracji – od jakiegoś czasu część muzyków zespołu po godzinach grało zupełnie inną muzykę – o wiele lżejszą i łagodniejszą niż ta, którą wykonywali na co dzień. Żeby miało to ręce i nogi założyli nawet osobny zespół, swego rodzaju poboczny projekt, który funkcjonował sobie powoli na marginesie ich głównej muzycznej działalności.
Ale dziś wszystko wskazuje na to, że punkt ciężkości przeniósł się właśnie na ów poboczny projekt – zespół Adventures, po wydaniu wcześniej trzech epek zaprezentował właśnie swój pełnometrażowy debiut, album „Supersonic Home”, który ukazał się nakładem cenionej niezależnej wytwórni Run For Cover Records. Płyta spotkała się z bardzo ciepłym przyjęciem, jej autorzy postanowili więc wyruszyć na trasę koncertową u boku zespołu Whirr, podczas której będą ją promować w Stanach. O płycie napisało już sporo blogerów, o zespole robi się coraz głośniej, wszystko wskazuje na to, że popularnością zaczyna powoli przerastać swojego niszowego, hard core’owego protoplastę.
