Tak dobrego singla ten zespół nie miał chyba od początku swojej kariery - długiej, choć przebiegającej zdecydowanie poniżej zasięgu radarów.

REKLAMA
To jeden z tych niezliczonych amerykańskich, a zwłaszcza – nowojorskich, zespołów, których działalność charakteryzuje się swoistą dezynwolturą i kompletnym brakiem umiejętności promocyjnych. A może po prostu – niechęcią do promowania się. Efekt jest taki, że choć czasem grają znakomitą muzykę, choć czasem wyrastają zdecydowanie ponad poziom o wiele bardziej popularnej konkurencji, działają w kompletnej niszy, grając koncerty dla garstki osób i wydając płyty w formule raczej hobbystycznej niż profesjonalnej. I bardzo szybko wszelki słuch i ślad po nich ginie, odchodzą w przeszłość, zostawiając pod sobie tylko nieliczne egzemplarze swoich płyt i zacierającą się pamięć najbardziej wiernych fanów. Dirty On Purpose, My Dying Stride – tą listę można by ciągnąć jeszcze długo. I na pewno powinno się na niej znaleźć miejsce dla zespołu Radical Dads. Zespołu, który – wydawałoby się – też już odszedł w cień, kiedy nagle przypomniał o sobie znakomitym albumem.
Korzeni Radical Dads szukać trzeba w historii grupy Clap Your Hands Say Yeah, która przez moment, na początku wieku, była wielką, spełnioną na dodatek, nowojorską nadzieją sceny klasycznego gitarowego indie. Gdzieś na marginesie jej działalności pojawił się poboczny projekt, związany z nią personalnie, formacja Uninhabitable Mansions – kolektyw artystyczny, a w którego składzie oprócz muzyków Clap Your Hands Say Yeah znaleźć można także artystów związanych z innymi nowojorskimi zespołami, m.in. kobiecą formacją Au Revoir Simone.
To właśnie na próbach tej grupy spotkali się Robbie Guertin i Chris Diken – ten pierwszy był klawiszowcem w Clap Your Hands Say Yeah, odpowiedzialnym także za oprawę graficzną wydawnictw grupy, ten drugi – grał na gitarze. Postanowili spróbować grać w nieco mniejszym składzie i w nieco prostszej formule niż w przypadku Clap Your Hands Say Yeah i Uninhabitable Mansions. Namówili więc do współpracy wokalistkę i gitarzystkę, Lindsay Baker, Guertin usiadł za perkusją i w ten sposób powstał nowy zespół, Radical Dads.
Grupa zadebiutowała w 2010 roku singlem „Recklessness”, a zaraz potem zaprezentowała swój debiutancki album, zatytułowany „Mega Rama” – to właśnie tam znalazł się największy do tej pory przebój grupy, a zarazem znakomita wizytówka jej twórczości, utwór „New Age Dinosaurs”. Dwa lata, kilkadziesiąt koncertów i kilka przychylnych recenzji później zespół przypomniał sobie albumem „Rapid Reality”, który nie zrobił tak dużego wrażenia na słuchaczach – słuchając go nie trudno było nabrać przekonania, że zespół jest jakby trochę zmęczony, a jego członkowie nie mają świeżych pomysłów.
I kiedy wydawało się, że na tym może się skończyć historia tej grupy, nowojorczycy przypomnieli o sobie nowym materiałem, albumem zatytułowanym „Universal Coolers”. Albumem znakomitym, pełnym świetnych piosenek i mocnych emocji, momentami lekko nastrojowym, ale jednak przede wszystkim radosnym, nawet jeśli to tak naprawdę nie prosta radość, ale raczej tylko ironia. A utwór „In The Water” to prawdziwa perełka – gitarowy indie rock w najczystszej i najszlachetniejszej postaci.