W przeddzień polskiej wizyty Kathleen Hanna warto przypomnieć jej pierwszy zespół. Ten, który wywołał prawdziwą rewolucję, trwającą w zasadzie do dziś.
REKLAMA
To musiało być mocne, szokujące, może nawet rzucające na kolana. Ten moment, kiedy na scenę, przed publiczność przyzwyczajoną, że ich ulubiona muzyka to zabawa tylko dla chłopaków, wskakiwały te trzy skromne i raczej drobne dziewczyny (i jeden chłopak), podpinały instrumenty do głośników i zaczynały generować swój radykalny, porywający hałas. Żadna z nich nie umiała grać, ale miały w sobie mnóstwo energii, skumulowanej przez lata tłumienia jej w sobie, miały też znakomite pomysły na to, jak przerobić ją na eksplodujący, nieprzewidywalny i niepowstrzymywalny hałas. A potem do mikrofonu podchodziła wokalistka grupy i dopiero wtedy zaczynało się prawdziwe piekło.
Bo nikt wcześniej nie mówił dziewczynom na punkowej scenie tak jasno, tak wyraźnie i w tak znamienny sposób, że mają prawo do własnej ekspresji, że nie muszą stać na końcu sali i trzymać toreb swoich chłopaków, kiedy oni pogują zawzięcie w pełnym brutalności mosh picie, że powinny podejść pod samą scenę i wiedzieć, że mogą się tam świetnie i bezpiecznie bawić.
To była właśnie Kathleen Hanna i założony przez nią zespół Bikini Kill. Po pierwsze – jedna z najbardziej radykalnych kobiecych formacji w historii światowej sceny punkowej, po drugie – kolektyw feministycznych aktywistek, dla których granie muzyki było tylko jednym ze sposobów wyrażania swoich poglądów, po trzecie wreszcie – jeden z kilku zespołów, których członkinie założyły Riot Grrrls, swego rodzaju, pozbawioną struktury, organizację, której celem była walka o prawa kobiet, wewnątrz sceny punkowej, jak i poza jej granicami.
Po pierwszych miesiącach działalności, ograniczonej tylko i wyłącznie do wąskiego grona osób związanych ze sceną niezależną, oficjalne media zauważyły działalność zespołu i postanowiły zrobić sobie z niej świetny powód do pisania skandalizujących artykułów z seksualną przemocą w tle. Bo dla dziennikarzy z dużych tytułów prasowych ważniejsze było nie to, co Hanna ma do powiedzenia o nieakceptowalnej przez nią w żaden sposób strukturze patriarchalnego społeczeństwa, ale to czy była w dzieciństwie gwałcona przez ojca i czy rzeczywiście zarabiała jako tancerka w klubie dla mężczyzn.
Dziewczęta z kręgu Riot Grrrls postanowiły odciąć się zupełnie od tego typu promocji, odrzucając wszelkie propozycje wywiadów i kontaktów z dziennikarzami. A mimo to ich popularność, budowana wyłącznie na podawanych z ust do ust informacjach i rozsyłanych pocztą przez niezależne dystrybucje płyt i zinów, rosła coraz bardziej. Kiedy zaczynały, grały na nieoficjalnych koncertach w zwykłych mieszkaniach, po kilku latach dzieliły scenę z wielkimi rockowymi gwiazdami na popularnych festiwalach. Ale ani przez moment nie stępiły ostrza swojej bezlitosnej krytyki społecznego porządku, w którym kobiety nie mają równych praw z mężczyznami.
Grupa rozpadła się w 1997 roku, ale jej członkinie do dziś są aktywne, zarówno jeśli chodzi o scenę muzyczną, jak i aktywność na płaszczyźnie społecznej czy politycznej. Hanna i basistka grupy Kathi Wilcox znów grają wspólnie, tym razem w grupie The Julie Ruin, która przyjedzie do Polski na tegoroczny Off Festiwal.
Bo nikt wcześniej nie mówił dziewczynom na punkowej scenie tak jasno, tak wyraźnie i w tak znamienny sposób, że mają prawo do własnej ekspresji, że nie muszą stać na końcu sali i trzymać toreb swoich chłopaków, kiedy oni pogują zawzięcie w pełnym brutalności mosh picie, że powinny podejść pod samą scenę i wiedzieć, że mogą się tam świetnie i bezpiecznie bawić.
To była właśnie Kathleen Hanna i założony przez nią zespół Bikini Kill. Po pierwsze – jedna z najbardziej radykalnych kobiecych formacji w historii światowej sceny punkowej, po drugie – kolektyw feministycznych aktywistek, dla których granie muzyki było tylko jednym ze sposobów wyrażania swoich poglądów, po trzecie wreszcie – jeden z kilku zespołów, których członkinie założyły Riot Grrrls, swego rodzaju, pozbawioną struktury, organizację, której celem była walka o prawa kobiet, wewnątrz sceny punkowej, jak i poza jej granicami.
Po pierwszych miesiącach działalności, ograniczonej tylko i wyłącznie do wąskiego grona osób związanych ze sceną niezależną, oficjalne media zauważyły działalność zespołu i postanowiły zrobić sobie z niej świetny powód do pisania skandalizujących artykułów z seksualną przemocą w tle. Bo dla dziennikarzy z dużych tytułów prasowych ważniejsze było nie to, co Hanna ma do powiedzenia o nieakceptowalnej przez nią w żaden sposób strukturze patriarchalnego społeczeństwa, ale to czy była w dzieciństwie gwałcona przez ojca i czy rzeczywiście zarabiała jako tancerka w klubie dla mężczyzn.
Dziewczęta z kręgu Riot Grrrls postanowiły odciąć się zupełnie od tego typu promocji, odrzucając wszelkie propozycje wywiadów i kontaktów z dziennikarzami. A mimo to ich popularność, budowana wyłącznie na podawanych z ust do ust informacjach i rozsyłanych pocztą przez niezależne dystrybucje płyt i zinów, rosła coraz bardziej. Kiedy zaczynały, grały na nieoficjalnych koncertach w zwykłych mieszkaniach, po kilku latach dzieliły scenę z wielkimi rockowymi gwiazdami na popularnych festiwalach. Ale ani przez moment nie stępiły ostrza swojej bezlitosnej krytyki społecznego porządku, w którym kobiety nie mają równych praw z mężczyznami.
Grupa rozpadła się w 1997 roku, ale jej członkinie do dziś są aktywne, zarówno jeśli chodzi o scenę muzyczną, jak i aktywność na płaszczyźnie społecznej czy politycznej. Hanna i basistka grupy Kathi Wilcox znów grają wspólnie, tym razem w grupie The Julie Ruin, która przyjedzie do Polski na tegoroczny Off Festiwal.
