Do tej pory była rozczulająca w swojej ostentacyjnej dziecinności, dziś jest jeszcze bardziej rozczulająca w swoim dążeniu do dojrzałości.

REKLAMA
Ta artystka to, jeśli nie swego rodzaju fenomen, z całą pewnością co najmniej bardzo ciekawy przypadek. Zupełnie nieznana w Polsce, co jest w pełni zrozumiałe, bo nie mieści w żadnej z rozpoznawalnych w Polsce szufladek z artystami, którzy mogą zdobyć tu popularność, z pewnością jest co najmniej warta zauważenia. W Stanach funkcjonuje z powodzeniem, umieszczana na półce, na której na honorowym miejscu stoi cała dyskografia grupy Ramones. Bo to właśnie oni byli mistrzami prostych, zaraźliwie przebojowych piosenek, których choćby nawet bardzo się chciało, nie da się zapomnieć. Ta tradycja na amerykańskiej scenie ciągle jest bardzo żywa, nawet jeśli spora część tych, którzy próbują na niej bazować, nie ma śladu tego talentu, który mieli muzycy z Nowego Jorku i który potrzebny jest żeby te, niemal już przysłowiowe, trzy akordy przerobić na wbijającą się do głowy na zawsze piosenkę.
Colleen Green ma chociaż część talentu, który jest do tego potrzebny. Dlatego z powodzeniem radzi sobie na niełatwej przecież amerykańskiej scenie, dlatego zbiera całkiem niezłe recenzje za swoje kolejne płyty, dlatego ma kontrakt Hardly Art Records, prężnie działającą małą wytwórnią, będącą oddziałem słynnego SubPopu, dlatego z powodzeniem przyciąga sporą publiczność na swoje koncerty.
Wokalistka, która nagrywa i koncertuje zupełnie samodzielnie, co - kiedy słucha się jej płyt wcale nie jest takie oczywiste: muzyce, która się na nich znajduje, dość daleko do typowych singer/sonwriterskich ballad. Wychodzi na scenę z gitarą, automatem perkusyjnym i sporą dozą bezczelności, która jest z pewnością potrzebna, żeby robić to, co robi.
Artystka wydała właśnie swoją trzecią płytę długogrającą, która - podobnie jak pierwsza - swoim tytułem („I Want to Grow Up”) nawiązuje do klasyki amerykańskiego punkrocka, twórczości zespołu Descendants. I ponownie umieściła na albumie zestaw prostych piosenek z ładnymi melodiami i mnóstwem pomysłów, sprawiających, że nie przelatują one przez głowę jak tysiące innych.
Jest też na tej płycie coś, czego nie było na dwóch poprzednich: ton, klimat i duch, który wywołuje już samo hasło z tytułu albumu. Artystka rzeczywiście, na oczach swoich fanów, stara się dorosnąć. Teksty na płycie w dużej części dotyczą różnych spraw związanych z dorosłym życiem: odpowiedzialnością czy radzeniem sobie z trudnymi sprawami. I to jest całkowita odmiana wobec kompletnej beztroski, która do tej pory była znakiem rozpoznawczym twórczości Green. Słychać ją także w samej muzyce - do tej pory artystce nie zdarzało się, jak to się zdarza w przypadku tego albumu, nagrywać trwających ponad sześć minut utworów, w których na plan pierwszy zamiast radosnych melodii wysuwa się nieco mroczny, niepokojący nastrój.
Tak czy owak, w swoim dążeniu do dorosłości i do swego rodzaju powagi, Green jest raczej rozczulająca niż nudna. A przecież dorastanie i wchodzenie w dorosłość bardzo często kończy się śmiertelną nudą. Tak jak do tej pory tej młodej amerykańskiej artystce udawało się unikać banalności w byciu niedojrzałą, teraz równie skutecznie ucieka przed rutyną bycia dorosłą. I już samo to jest z pewnością powodem do zwrócenia na nią uwagi.