O autorze
Muzyki słucham prawie bez przerwy, towarzyszy mi od rana do wieczora,
przy każdej okazji, w każdych okolicznościach. Cały czas mi mało i
cały czas szukam czegoś nowego. Na moim blogu będę pisał o piosenkach, które w ostatnim czasie zrobiły na mnie szczególne wrażenie. Przede wszystkim o tych najnowszych,
przygotowanych przez wykonawców, którzy dopiero pukają do drzwi
wielkiej popularności, ale i tych klasycznych, o których nie można
zapominać. O tych, które wiążą się w jakiś sposób z tym, co właśnie
robię - np. wtedy, kiedy wybieram się na koncert jakiegoś zespołu albo
na festiwal, o tych, które najlepiej oddają mój nastrój. O tych,
których być może do tej pory nie słyszałaś/słyszałeś, a moim zdaniem
zdecydowanie usłyszeć powinnaś/powinieneś.

Makthaverskan „Antabus”

Mroczny post-punk, popowe melodie, jakie umieją układać tylko w Szwecji, mocne, feministyczne teksty. Czy te trzy elementy da się połączyć w jedną całość? Oczywiście, wystarczy posłuchać tego zespołu.


Ta formacja to jedno z największych odkryć alternatywnej sceny muzycznej ostatnich miesięcy. Choć istnieje już od sześciu lat, dopiero teraz doczekała się należnej sobie sławy. Wszystko za sprawą odkrycia przez amerykańskich blogerów i intensywnego promowania na ich łamach. Efekty? Kontrakt z amerykańską wytwórnią Run For Cover Records i niemiłosiernie oblegane koncerty podczas festiwalu South By South West w Austin - szwedzka formacja była tam jedną z najgorętszych, najbardziej oczekiwanych i pożądanych młodych gwiazd. I widać było, że ta nagła popularność, żeby nie użyć wręcz słowa szaleństwo, wyraźnie przerosło muzyków grupy - na koncertach w Austin zdawali się być wyraźnie przytłoczeni tym, co działo się wokół nich. Na szczęście w niczym nie przeszkodziło im to wypaść na scenie znakomicie.
Co takiego jest w piosenkach tej grupy, że Ameryka oszalała na ich punkcie? Zadziwiające połączenie trzech elementów, które zdają się zupełnie nie pasować do siebie. Z jednej strony zespół prezentuje bowiem niemal klasyczne, momentami dość mroczne post-punkowe brzmienie, oparte na wysuniętych na pierwszy plan, wyrazistych, zimnofalowych liniach basu. Ale z drugiej strony, łatwą klasyfikację jako kolejnych pogrobowców Joy Division czy może raczej Siouxie And The Banshees, uniemożliwia coś, czego te klasyczne zespoły nie miały - lekkość w pisaniu zawrotnie przebojowych melodii. Taka, którą mają chyba tylko szwedzkie grupy popowe, od Abby do Roxette. I niezależnie od tego, jak przedziwnie wygląda zestawienie ze sobą tych nazw, przynależnych przecież do zupełnie odmiennych muzycznych światów i porządków, coś jest na rzeczy. I to właśnie to coś sprawia, że twórczość szwedzkiej grupy jest tak atrakcyjna.
Do tego dochodzi jeszcze jeden ważny element - bardzo mocno wysuwane na pierwszy plan feministyczne zaangażowanie. Widać je na każdym kroku: już sama nazwa zespołu jest wymyślonym przez jego członków neologizmem, oznaczającym silne kobiety, spójna szata graficzna wszystkich wydawnictw zespołu też oparta jest na wyrazistych kobiecych wizerunkach, w wielu tekstach wokalistka grupy boryka się z problemami, które dotykają współczesne kobiety, z przemocą seksualną na czele. Nie sposób też nie zauważyć, że pierwsze skrzypce w zespole grają właśnie panie: basistka i obdarzona charakterystycznym, bardzo mocnym głosem wokalistka. To wszystko układa się w jedną całość, którą trudno się nie zachwycić.
Przyjęcie podczas festiwalu SXSW okazało się tak gorące, że muzycy spontanicznie postanowili zostać w Stanach nieco dłużej i dać jeszcze kilka dodatkowych występów - bilety na nie wyprzedawały się błyskawicznie. To kolejny dowód na to, że o tym zespole w najbliższym czasie powinno być głośno. I zdecydowanie warto skorzystać z każdej okazji, żeby zobaczyć go na żywo w nadchodzącym sezonie festiwalowym.

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...