O autorze
Muzyki słucham prawie bez przerwy, towarzyszy mi od rana do wieczora,
przy każdej okazji, w każdych okolicznościach. Cały czas mi mało i
cały czas szukam czegoś nowego. Na moim blogu będę pisał o piosenkach, które w ostatnim czasie zrobiły na mnie szczególne wrażenie. Przede wszystkim o tych najnowszych,
przygotowanych przez wykonawców, którzy dopiero pukają do drzwi
wielkiej popularności, ale i tych klasycznych, o których nie można
zapominać. O tych, które wiążą się w jakiś sposób z tym, co właśnie
robię - np. wtedy, kiedy wybieram się na koncert jakiegoś zespołu albo
na festiwal, o tych, które najlepiej oddają mój nastrój. O tych,
których być może do tej pory nie słyszałaś/słyszałeś, a moim zdaniem
zdecydowanie usłyszeć powinnaś/powinieneś.

Braid „Because I Am”

Record Store Day co roku przynosi mnóstwo niespodzianek. Ten utwór jest dla mnie jednym z najważniejszych muzycznych prezentów z okazji święta sklepów płytowych.


Record Store Day to długi i trudny temat. Z jednej strony - znakomity pomysł, dzięki któremu w czasie, kiedy muzyka istnieje już niemal wyłącznie w abstrakcyjnej formie plików albo streamingu danych, przypomina się o tak tradycyjnych i wdzięcznych nośnikach, jakimi były płyty winylowe i o miejscach, gdzie można było je kupić. Z drugiej strony to oczywiście coraz większe źródło kontrowersji, wynikających z tego, że w praktyce ten znakomity pomysł sprowadza się tak naprawdę do wydawania limitowanych edycji płyt z niedostępnymi nigdzie indziej materiałem, które osiągają niebotyczne ceny na wtórnym rynku.
Ale to wszystko temat na zupełnie inne rozważania. A dziś warto skupić się na tym, co przyniósł tegoroczny Record Store Day. A ta piosenka to jeden z najlepszych prezentów, jakie mógł przynieść, dla każdego, komu klasyczny emo core jest bliski sercu. Oto bowiem, wracający po latach nieobecności, klasycy z amerykańskiej formacji Braid przygotowali siedmiocalowego singla, na którego stronie b znalazł się budzący odległe wspomnienia cover.
Piosenka „Because I Am” to bowiem oryginalnie dzieło kompletnie dziś zapomnianego zespołu o uroczo pretensjonalnej i kiczowatej nazwie Broken Hearts Are Blue, który przez moment, wiele lat temu, zrobił sporo zamieszania na scenie emo. Ta amerykańska formacja pojawiła się w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych, w czasie, kiedy pierwsza fala emo-core’a, fala zespołów, którym wciąż bliżej było jednak do core’a niż do emo, zaczęła powoli ustępować fali drugiej, która przechyliła akcent na pierwszy człon tej nazwy. Brzmienie było coraz łagodniejsze, piosenki coraz bardziej melodyjne i przyswajalne. Niektórym zupełnie się to nie podobało, inni zobaczyli szansę na zrobienie na tym sporych pieniędzy, co już wkrótce spowodowało powstanie komercyjnej, wydawanej przez wielkie wytwórnie odmiany emo. Ale to też zupełnie inna historia.
Muzycy Broken Hearts Are Blue w doskonały sposób połączyli ostrość z melodyjnością, szorstkość z przyswajalnością. Pisali piosenki, które natychmiast zapadały w serce i których nie dawało się zapomnieć. Pisali ładne, niemal poetyckie teksty o czymś, o czym na scenie niezależnej nie wypadało pisać tekstów - czyli o miłości. Nie bez powodu ich jedyna płyta długogrająca, album wydany w 1998 roku w wytwórni Caulfield Records, zatytułowany był „Truth About Love”.
Grupa zniknęła bardzo szybko, chyba nigdy nie odwiedzając Europy. I wydawałoby się, że nie pamięta dziś o niej już zupełnie nikt, kiedy nagle muzycy Braid przypominają o niej w tak spektakularny sposób. To, obok opublikowanego niedawno przez brytyjski zespół Joanna Gruesome coveru piosenki zespołu I Hate Myself, kolejny ukłon w stronę klasycznego, coraz bardziej zapomnianego, emo z drugiej połowy lat dziewięćdziesiątych.

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...