Zaczyna się niepozornie, wesołkowato i dość banalnie, ale to, co dzieje się w tej piosence mniej więcej w drugiej minucie, do dziś wywołuje u mnie ciarki.

REKLAMA
W tym roku będzie głośno o tym zespole – dziś już niemal kultowej dla sporej ilości wielbicieli alternatywnego grania na całym świecie amerykańskiej grupie At The Drive-In.
Będzie głośno, bo niedawno, po wielu latach, jej członkowie – grający dziś w takich formacjach jak The Mars Volta i Sparta – postanowili ją reaktywować. Takie pomysły, jak wiadomo, nie zawsze muszą przynosić ciekawe efekty, ale tym razem naprawdę się cieszę i zrobię wszystko, żeby podczas nadchodzącego sezonu koncertowego zobaczyć gdzieś tę grupę na scenie.
Bo do tej pory miałem tylko jedną okazję, której nie zapomnę do dziś. To było naprawdę sto lat temu, Amerykanie grali swój bodaj jedyny koncert w Polsce, daleko od Trójmiasta, w którym mieszkam, bo aż we Wrocławiu. Ale oczywiście nie powstrzymało mnie to w żaden sposób przed tym, żeby pojechać na ten występ. I nie żałowałem ani minuty podróży, która zdawała się nie kończyć.
Czterdzieści minut, podczas których muzycy miotali się wściekle na miniaturowej scenie miniaturowego klubu na dawnym dworcu kolejowym, chodzi mi po głowie do dziś. Takiej energii na scenie, choć widziałem już wiele w tej kwestii, chyba nie udało mi się dotąd zobaczyć.
A sam utwór pochodzi z płyty, którą Amerykanie promowali na tamtej trasie, albumu „In/Casino/Out” z 1998 roku. To było jeszcze sporo czasu przed ich wielkim międzynarodowym sukcesem, przed wyraźnym przesunięciem się ze sceny niezależnej trochę bliżej sporej popularności, przed przebojowym, choć – nieco paradoksalnie – dużo ostrzejszym albumem „Relationship Of Command”. Wtedy At The Drive-In było najbliżej do klasycznych zespołów emo-core’owych, podobnie jak one grupa łączyła w perfekcyjnych proporcjach melancholię z gniewem, desperację z energią. Ta piosenka jest tego znakomitym przykładem. I mam naprawdę wielką nadzieję, że tego lata usłyszę ją gdzieś na żywo.