To nie jest może jakiś wybitny utwór, ale historia, która się za nim kryje zdecydowanie godna jest opowiedzenia. Tym bardziej, że to historia prawie zupełnie nieopowiadana.

REKLAMA
Kiedy słucha się tej piosenki, nie wiedząc zupełnie nic o zespole, który ją wykonywał, nie sposób pozbyć się wrażenia, że to po prostu jeden z wielu wykonawców z początku lat 70-tych, czyli ostatniego momentu, kiedy tradycyjny, klasyczny rock miał jeszcze jakiś sens. Że to po prostu jedna z wielu piosenek, stworzonych według kanonicznego wzorca, z gitarą prowadzącą, gitarą rytmiczną i zamkniętą w obrębie kilku schematów sekcją rytmiczną.
Ale to tylko pozory. Tak naprawdę jest w tym o wiele więcej treści, sensu i znaczenia. Sume był bowiem pierwszym zespołem rockowym złożonym z Inuitów, czyli rdzennych mieszkańców Grenlandii, zespołem, który bardzo szybko stał się prawdziwym rzecznikiem problemów tej grupy etnicznej, a zarazem - zarzewiem jej kulturowego i politycznego przebudzenia.
Historia grupy zaczęła się na samym początku lat 70-tych, kiedy w Kopenhadze spotkało się kilku Inuitów, którzy opuścili swoją skutą lodem ojczyznę i przyjechali do stolicy, żeby studiować. Na fali ówczesnego zainteresowania muzyką rockową, sami założyli zespół i zaczęli grać dość schematycznego, jak na tamte czasy, nasączonego hippisowskim duchem, rocka.
Bardzo szybko podjęli jednak decyzję, która sprawiła, że ich zespół nie był taki sam, jak tysiące innych w tamtym czasie i że miał o wiele większe znaczenie - nie dość, że śpiewali w swoim ojczystym języku, na dodatek - wykonywali bardzo mocne, polityczne teksty, opowiadające o potrzebach Inuitów, o ich trudnej sytuacji, o potrzebie walki o swoją oryginalność i tożsamość. Mało tego - na okładce swojej debiutanckiej płyty umieścili reprodukcję znalezionej w jakiejś historycznej kronice sprzed wieków ryciny, na której przedstawiona jest walka między Inuitem a duńskim najeźdźcą. Ten pierwszy zwycięża, brutalnie zabijając intruza.
To był prawdziwy szok. Na Grenlandii o zespole natychmiast zrobiło się bardzo głośno. Inuici poczuli, że po raz pierwszy ktoś głośno powiedział coś, o czym po cicho mówili już od dawna: że neokolonialna polityka Danii staje się coraz bardziej nie do przyjęcia, że oparte na wolnorynkowej ekonomii rozwiązania, narzucane rdzennej społeczności Grenlandii, zabijają jej tradycyjne sposoby życia, że przenoszenie jej przedstawicieli z tradycyjnych siedlisk do betonowych bloków niszczy odwieczne wewnętrzne więzi łączące tę społeczność.
To był ten rzadki wypadek, kiedy muzyka rzeczywiście zmieniła kawałek świata - trafiające w moment, kiedy Inuici zaczęli coraz głośniej domagać się swoich praw, płyty Sume okazały się do tego skuteczną zachętą. Coś, co do tej pory było tylko postulatami marginalnej grupy progresywnych aktywistów, stało się programem niemal całej społeczności, a śpiewającego w ojczystym języku zespołu, słuchali wszyscy jej przedstawiciele, niezależnie od wieku, zawodu i miejsca w społecznej hierarchii.
Zespół istniał do momentu, kiedy jego członkowie studiowali w Danii. Nagrał trzy płyty, zagrał mnóstwo koncertów, otarł się nawet o międzynarodową sławę: miał towarzyszyć na dużej europejskiej trasie arcypopularnej wówczas formacji Procol Harum. Członkowie grupy nie zdecydowali się jednak iść tą drogą - woleli raczej wrócić do ojczyzny i aktywnie działać na różnych polach na rzecz jej autonomii - gitarzysta grupy został np. aktywnym politykiem, członkiem lokalnych władz. Pożegnali się z muzyką w najpiękniejszy możliwy sposób: zagrali trasę koncertową po Grenlandii, składającą się z plenerowych koncertów w malowniczych miejscach - coś, co wiele lat później, w trochę innym, ale równie pięknym miejscu, powtórzyli muzycy islandzkiej grupy Sigur Ros. Dziś o tym wszystkim dowiedzieć się można z dokumentalnego filmu, poświęconego grenlandzkiej grupie, niezwykłej i zapomnianej historii o tym, że muzyka czasem może zmienić świat.