Ten rok należy do kobiet z gitarami. To jedna z nich. Kto wie, czy nie najbardziej warta zauważenia: mało kto tak pięknie łączy emocjonalny ekshibicjonizm z żarliwością.

REKLAMA
Ci, którzy pilnie śledzą to, co dzieje się na amerykańskiej scenie alternatywnej zwrócili uwagę na tę artystkę już trzy lata temu. Dopiero co skończyła wtedy dwadzieścia lat, zaczęła grać koncerty, wydała swoją debiutancką płytę. I może nie byłoby w tym nic szczególnie oryginalnego, gdyby nie to, że ta młoda dziewczyna z Nashville pisze piosenki, przy których słuchaniu ma się mocne ciarki. Piosenki, w których obnaża się do cna ze swoich najgłębiej ukrywanych emocji - albo, bo przecież też tak może być, tworzy literackie kreacje tak przekonujące, że nie sposób nie uwierzyć w prawdziwość uczuć, które stają się ich udziałem. Traumy z dzieciństwa i z dorosłości, niemożliwość znalezienia swojego miejsca w świecie, namiętności, nad którymi nie sposób zapanować, przynoszące czasem skutki opłakane - dosłownie i w przenośni.
Już obcując z tymi piosenkami w wersji studyjnej, nie sposób nie mieć gęsiej skórki, wsłuchując się w teksty, miotające się między dosadną bezpośredniością a zaskakującymi, zagadkowymi metaforami. Ale dopiero kiedy zobaczy się tę młodą dziewczynę na scenie, jeszcze bardziej docenia się jej emocjonalną intensywność. Czasami występuje z zespołem i już wtedy robi wielkie wrażenie, ale jeszcze goręcej robi się kiedy przed mikrofonem staje zupełnie sama, z akustyczną gitarą. Jej piosenki nabierają wtedy niesamowitej siły i choć wyciszone, brzmią niezwykle mocno i głośno.
Torres naprawdę nazywa się Mackenzie Scott, urodziła się w stolicy muzyki country, czyli Nashville, ale w jej twórczości nie sposób usłyszeć muzycznego dziedzictwa tego miasta. To raczej surowy indie rock, lekko tylko przyprawiony elementami folku. Co ciekawe - artystka debiutowała w repertuarze... musicalowym, a potem próbowała swoich sił w kościelnym chórze. To ostatnie być może znajduje dziś odzwierciedlenie w podniosłym klimacie i niemal hymnowym charakterze niektórych z jej piosenek.
Jej debiutancka autorska płyta, z jej pseudonimem w tytule, ujrzała światło dzienne w 2012 roku, a bardzo niedawno przypomniała o sobie kolejnym, znakomitym albumem, zatytułowanym „Sprinter”. I szkoda tylko, że na liście koncertów, które zaplanowała w najbliższym czasie, żeby promować nowy materiał, nie znalazły się żadne występy w Polsce. Ci, którzy mieli okazję zobaczyć artystkę na festiwalu Primavera w Barcelonie, gdzie zagrała dwukrotnie (raz na jednej z festiwalowych scen, raz, dzień po zakończeniu głównej części imprezy - w nieco bardziej kameralnych warunkach, w klubie), z pewnością mają ochotę, żeby powtórzyć to niezwykłe doświadczenie. I byłaby pewnie okazja, żeby zapytać ją, co tak naprawdę ma na myśli śpiewając w jednej z piosenek o „proper polish welcome”.