Zespół Refused wydał nową płytę. I nawet jeśli nie jest to dzieło na miarę klasycznego albumu tej grupy sprzed dwóch dekad, to i tak duża rzecz.
REKLAMA
To historia zaczyna się jak zwykła opowieść o niezwykłym zespole punkowym, która skończyła się bardzo dawno temu i miała się już nigdy nie toczyć dalej. Refused to dzieło punków z prawdziwej szwedzkiej stolicy tego gatunku, małego uniwersyteckiego miasta Umea. W tamtych czasach, na początku lat dziewięćdziesiątych, była to prawdziwa wylęgarnia zespołów specjalizujących się w tym gatunku - w mieście funkcjonowało niezwykle aktywne środowisko, które nieustannie zakładało kolejne grupy. Czasem udawało im się przetrwać trochę dłużej, nagrać płytę, zagrać kilka koncertów w samej Szwecji czy poza nią, czasem znikały równie szybko, jak się pojawiły, niekiedy żeby wrócić po jakimś czasie.
Jedną z takich formacji był właśnie Refused - zespół rozkrzyczanych nastolatków, robiących na gitarach sporo hałasu i wydzierających się o tym, co im się nie podoba w świecie. Bardzo szybko okazało się jednak, że ten zespół to zdecydowanie coś więcej niż cała reszta tamtejszej sceny, że to zespół, w którym wszystko jest dużo bardziej, dużo mocniej, dużo intensywniej. Że to zespół, który punk połączył z emocjami. To właśnie one sprawiały, że wszystko, czego tknęli się jego członkowie było niezwykłe, ale to właśnie one sprawiły także, że zespół koniec końców się rozpadł.
Zostało po nim kilka śladów, z których najważniejszym była bez wątpienia płyta „A Shape Of Punk To Come”, ostatni album nagrany przez grupę, wydany w 1998 roku. Jego forma była zupełnie zaskakująca, jego tytuł okazał się iście proroczy - to rzeczywiście był punk rock wyprzedzający bardzo mocno swój czas, punk rock przekraczający granice: gatunkowe, mentalne i emocjonalne, punk rock który do dziś brzmi świeżo, a może wręcz dopiero dziś nabrał prawdziwego sensu.
I to zapewne właśnie z tego ostatniego powodu zespół - dość nieoczekiwanie - powrócił na scenę kilkanaście lat po zakończeniu działalności. Jego trasa koncertowa z 2012 roku okazała się wielkim sukcesem, który sprawił, że muzycy postanowili spróbować znów pracować razem. Po drodze ze składu wypadł jeden z założycieli grupy, ale pomysł pracy nad nowym materiałem właśnie przyniósł bardzo oczekiwany rezultat - premierową płytę, zatytułowaną „Freedom” i kolejną trasę koncertową, w ramach której zespół zagra w najbliższych miesiącach sporo koncertów festiwalowych i klubowych - częścią tej trasy był znakomity koncert na gdyńskim Open’erze.
Płyta spotkała się z dość cierpkimi recenzjami, z których wynika wyraźnie, że ich autorzy spodziewali się, ze Szwedzi nagrają kolejne dzieło na miarę swojego opus magnum. Nie nagrali. Bo kiedy posłuchać uważnie tej płyty, słychać wyraźnie, że nie mieli zamiaru. Bo to nie jest czas na wyrafinowane niuanse, na aluzje i metafory. Dziś trzeba grać prosto i głośno, prosto i wyraźnie trzeba też mówić - a czy da się powiedzieć coś prościej i wyraźniej niż tytułując płytę po prostu „wolność”? Kiedy nie słucha się tej płyty z nastawieniem, że chce się usłyszeć coś, co zmieni świat, usłyszy się świetny album, pełen pasji, prostych, trafiających w punkt piosenek.
Jedną z takich formacji był właśnie Refused - zespół rozkrzyczanych nastolatków, robiących na gitarach sporo hałasu i wydzierających się o tym, co im się nie podoba w świecie. Bardzo szybko okazało się jednak, że ten zespół to zdecydowanie coś więcej niż cała reszta tamtejszej sceny, że to zespół, w którym wszystko jest dużo bardziej, dużo mocniej, dużo intensywniej. Że to zespół, który punk połączył z emocjami. To właśnie one sprawiały, że wszystko, czego tknęli się jego członkowie było niezwykłe, ale to właśnie one sprawiły także, że zespół koniec końców się rozpadł.
Zostało po nim kilka śladów, z których najważniejszym była bez wątpienia płyta „A Shape Of Punk To Come”, ostatni album nagrany przez grupę, wydany w 1998 roku. Jego forma była zupełnie zaskakująca, jego tytuł okazał się iście proroczy - to rzeczywiście był punk rock wyprzedzający bardzo mocno swój czas, punk rock przekraczający granice: gatunkowe, mentalne i emocjonalne, punk rock który do dziś brzmi świeżo, a może wręcz dopiero dziś nabrał prawdziwego sensu.
I to zapewne właśnie z tego ostatniego powodu zespół - dość nieoczekiwanie - powrócił na scenę kilkanaście lat po zakończeniu działalności. Jego trasa koncertowa z 2012 roku okazała się wielkim sukcesem, który sprawił, że muzycy postanowili spróbować znów pracować razem. Po drodze ze składu wypadł jeden z założycieli grupy, ale pomysł pracy nad nowym materiałem właśnie przyniósł bardzo oczekiwany rezultat - premierową płytę, zatytułowaną „Freedom” i kolejną trasę koncertową, w ramach której zespół zagra w najbliższych miesiącach sporo koncertów festiwalowych i klubowych - częścią tej trasy był znakomity koncert na gdyńskim Open’erze.
Płyta spotkała się z dość cierpkimi recenzjami, z których wynika wyraźnie, że ich autorzy spodziewali się, ze Szwedzi nagrają kolejne dzieło na miarę swojego opus magnum. Nie nagrali. Bo kiedy posłuchać uważnie tej płyty, słychać wyraźnie, że nie mieli zamiaru. Bo to nie jest czas na wyrafinowane niuanse, na aluzje i metafory. Dziś trzeba grać prosto i głośno, prosto i wyraźnie trzeba też mówić - a czy da się powiedzieć coś prościej i wyraźniej niż tytułując płytę po prostu „wolność”? Kiedy nie słucha się tej płyty z nastawieniem, że chce się usłyszeć coś, co zmieni świat, usłyszy się świetny album, pełen pasji, prostych, trafiających w punkt piosenek.
