Niemal wzruszające punkowe wyznanie wiary w międzynarodowym wykonaniu i najbardziej radykalny muzycznie i tekstowo utwór, który się tu kiedykolwiek pojawił.

REKLAMA
To będzie jedna z najcenniejszych pamiątek po tegorocznym festiwalu punkowym w Gdyni. D.I.Y. Hardcore Punk Fest, impreza mająca ponad dziesięcioletnią historię, stała się dziś jednym z najważniejszych w Polsce, a wręcz w Europie, spotkań miłośników najróżniejszych gatunków muzycznych z korzeniami tkwiącymi w punk rocku.
Choć ma fundamenty mocno oparte na tradycji sceny niezależnej z lat dziewięćdziesiątych, której jednym z definiujących elementów była hermetyczność, jeśli nie wręcz pewnego rodzaju wsobność, festiwal otwiera się także na publiczność, która niewiele ma wspólnego ze sceną punkową, a co więcej - przyciąga jej coraz więcej. Nic dziwnego - punk, podobnie jak inne, dawniej uznawane ze dość ekstremalne, gatunki muzyczne, przeżywa dziś drugą, czy właściwie - kolejną już - młodość, chętnie absorbowany przez sporą część alternatywnej publiczności.
W tym roku w Gdyni wystąpiło kilkanaście zespołów z kilku kontynentów - reprezentowane były w zasadzie wszystkie najważniejsze punkowe ośrodki na świecie: Wielka Brytania, Stany Zjednoczone, Skandynawia i Polska. Jednym z zespołów, które pojawiły się na scenie klubu Ucho była formacja Unfixed, w zasadzie poboczny projekt kilku muzyków mieszkających w Londynie, grających na co dzień w grupie Mainhof (która, swoją drogą, także wystąpiła na festiwalu, a w której z powodzeniem gra wywodzący się z Polski muzyk, swego czasu założyciel lęborskiej formacji crustowej Silna Wola). Grupa ma w dorobku dwa albumy, a gra dość klasyczny anarcho punk, sięgający korzeniami mniej więcej 1982 roku, kiedy pojawiła się druga fala tego typu zespołów, mocno podkręcających tempo i głośność, w stosunku do klasyków, zaczynających pół dekady wcześniej, w rodzaju takich zespołów jak Crass.
Na swej drugiej płycie, wydanym w 2014 roku albumie „Battleside” trójka londyńskich punków postanowiła umieścić utwór, który uznać można za prawdziwe punkowe wyznanie wiary i projekt na miarę słynnego „We Are The World”. Oto bowiem w nagraniu tego utworu wzięło udział kilku znamienitych gości - prawdziwa śmietanka punk rocka z całego świata, wokaliści kilku cenionych, dziś już w większości nie istniejących, zespołów (w tym, to kolejna ciekawostka, artystka, która swego czasu śpiewała we wspomnianej Silnej Woli, a potem - w działającym w Amsterdamie zespole Sangre i były wokalista amerykańskiej grupy Morne, w której z kolei gra gitarzysta wywodzący się z Gdańska - tak, scena punkowa to jedna wielka rodzina). Każdy z nich zaśpiewał w swoim ojczystym języku zwrotkę, w której mowa o ważnych dla sceny punk rockowej wartościach, które powinny być w zasadzie ważne dla wszystkich: wolności, godności, solidarności. Jest w tym wszystkim dużo krzyku, ale to przecież krzyk w bardzo słusznej sprawie.