To, że ten zespół pochodzi z Rosji, kraju, który w ostatniej dekadzie wydał zaledwie ze dwie formacje znane co bardziej czujnym fanom alternatywnego grania na Zachodzie, to dowód, że muzyczne granice zaczynają zacierać się coraz bardziej.
REKLAMA
Oczywiście, z jednej strony muzyczna alternatywa wciąż mocno trzyma się wielu schematów - także tego geograficznego, wskazującego skąd pochodzą wykonawcy, na których warto zwrócić uwagę. Ale w ostatnim czasie obok zespołów z tych najważniejszych miejsc dla współczesnej muzyki: Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Skandynawii, do świadomości czujnych słuchaczy dochodzą też niekiedy zespoły z krajów w tym kontekście mocno egzotycznych: coraz lepiej radzą sobie wykonawcy z Antypodów, z coraz większym powodzeniem zaczyna eksportować swoją muzykę Izrael, peleton ściga Hiszpania.
Rosja zawsze mocno pozostawała w tyle, choć przecież to kraj, w którym scena alternatywna od kilku dekad jest niezwykle rozbudowana i aktywna. Ale niemal nic nie przebijało się z niej przez zachodnią granicę Rosji. Decydowały o tym względy logistyczne, językowe, kulturowe, a ostatnio - także polityczne.
Ale są wyjątki. Nieliczne. Oto jeden z nich. Zespół Pinkshinyultrablast zwraca uwagę już samą swoją, iście zawrotną, nazwą. I bardzo skutecznie osiąga cel, któremu ma ona chyba służyć - podczas festiwalu The Great Escape w Brighton wiele osób trafiło na występ tej grupy właśnie dlatego, że wyróżniła się mocno wśród dziesiątek innych nazwą, w której wszystkiego jest za dużo. A potem, już podczas występu zespołu w ciasnym, mikroskopijnym klubie nad samym morzem, okazywało się, że w jego muzyce wszystkiego jest generalnie trochę jakby za dużo. Ale na szczęście nie na tyle, żeby to bolało i odstręczało. Wręcz przeciwnie - ten natłok dźwięków i innych wrażeń raczej intryguje i przyciąga.
Muzyka grupy to coś pomiędzy bardzo gęstym od licznych partii gitar shoegazem, a dynamicznym space rockiem - na koncercie muzycy stosują strategię znaną w tego typu graniu w zasadzie od jego zarania i już wtedy znakomicie się sprawdzającą: odkręcenie wszystkich potencjometrów możliwie jak najbardziej, tak żeby potężny hałas prawie przewracał pierwsze rzędy słuchaczy.
Znakomitym dodatkiem do tej eksplozji potężnego hałasu jest głos i ekspresja wokalistki grupy - niemal jej nie widać zza potężnych i wąsatych jak matriosy z Kronstadtu kolegów z zespołu, ale kiedy zacznie śpiewać swoim niezwykłym głosem: delikatnym, ale jednocześnie wciskającym się wszędzie, nie sposób nie zwrócić na nią uwagi. Trudno właściwie stwierdzić po jakiemu śpiewa: czy to rosyjski czy angielski, czy to w ogóle jeszcze jakiś znany ludzkości język czy raczej jakiś jej własny sposób nazywania rzeczy, czynności i uczuć. Do tego dochodzi jeszcze jej szokująca ekspresja - zapamiętanie sąsiadujące chyba już tylko z szaleństwem. To się znakomicie ogląda, tego się znakomicie słucha, to robi wielkie wrażenie.
Zespół pochodzi z Sankt Petersburga, przez długi czas miał w dorobku tylko epkę o przewrotnie zabawnym tytule: „Happy Songs for Happy Zombies”, ale bardzo niedawno uzupełnił dyskografię o pełnowymiarowy album: „Everything Else Matters”. Rosjanie zaczynają coraz więcej koncertować w Wielkiej Brytanii, a mówi o nich bardzo ciepło coraz więcej przedstawicieli tamtejszej branży muzycznej. A to może bardzo dobrze wróżyć dalszej karierze grupy.
Rosja zawsze mocno pozostawała w tyle, choć przecież to kraj, w którym scena alternatywna od kilku dekad jest niezwykle rozbudowana i aktywna. Ale niemal nic nie przebijało się z niej przez zachodnią granicę Rosji. Decydowały o tym względy logistyczne, językowe, kulturowe, a ostatnio - także polityczne.
Ale są wyjątki. Nieliczne. Oto jeden z nich. Zespół Pinkshinyultrablast zwraca uwagę już samą swoją, iście zawrotną, nazwą. I bardzo skutecznie osiąga cel, któremu ma ona chyba służyć - podczas festiwalu The Great Escape w Brighton wiele osób trafiło na występ tej grupy właśnie dlatego, że wyróżniła się mocno wśród dziesiątek innych nazwą, w której wszystkiego jest za dużo. A potem, już podczas występu zespołu w ciasnym, mikroskopijnym klubie nad samym morzem, okazywało się, że w jego muzyce wszystkiego jest generalnie trochę jakby za dużo. Ale na szczęście nie na tyle, żeby to bolało i odstręczało. Wręcz przeciwnie - ten natłok dźwięków i innych wrażeń raczej intryguje i przyciąga.
Muzyka grupy to coś pomiędzy bardzo gęstym od licznych partii gitar shoegazem, a dynamicznym space rockiem - na koncercie muzycy stosują strategię znaną w tego typu graniu w zasadzie od jego zarania i już wtedy znakomicie się sprawdzającą: odkręcenie wszystkich potencjometrów możliwie jak najbardziej, tak żeby potężny hałas prawie przewracał pierwsze rzędy słuchaczy.
Znakomitym dodatkiem do tej eksplozji potężnego hałasu jest głos i ekspresja wokalistki grupy - niemal jej nie widać zza potężnych i wąsatych jak matriosy z Kronstadtu kolegów z zespołu, ale kiedy zacznie śpiewać swoim niezwykłym głosem: delikatnym, ale jednocześnie wciskającym się wszędzie, nie sposób nie zwrócić na nią uwagi. Trudno właściwie stwierdzić po jakiemu śpiewa: czy to rosyjski czy angielski, czy to w ogóle jeszcze jakiś znany ludzkości język czy raczej jakiś jej własny sposób nazywania rzeczy, czynności i uczuć. Do tego dochodzi jeszcze jej szokująca ekspresja - zapamiętanie sąsiadujące chyba już tylko z szaleństwem. To się znakomicie ogląda, tego się znakomicie słucha, to robi wielkie wrażenie.
Zespół pochodzi z Sankt Petersburga, przez długi czas miał w dorobku tylko epkę o przewrotnie zabawnym tytule: „Happy Songs for Happy Zombies”, ale bardzo niedawno uzupełnił dyskografię o pełnowymiarowy album: „Everything Else Matters”. Rosjanie zaczynają coraz więcej koncertować w Wielkiej Brytanii, a mówi o nich bardzo ciepło coraz więcej przedstawicieli tamtejszej branży muzycznej. A to może bardzo dobrze wróżyć dalszej karierze grupy.
