Conor Oberst powraca. I to do tego w szeregach swojego najostrzejszego, najmniej oczywistego i najmniej popularnego projektu - punkowego zespołu Desaperecidos.

REKLAMA
Wszystko w przypadku tej grupy jest znaczące, polityczne i radykalne. Począwszy od samej jej nazwy - tym hiszpańskim słowem określa się „zaginione” ofiary południowoamerykańskich reżymów sprzed kilkudziesięciu czy kilkunastu lat, o które dopiero dziś można się głośno upominać w krajach, za których wolność walczyły.
Tak właśnie nazwał swój poboczny projekt Conor Oberst. Założył go z kilkoma kolegami, którym bliskie było melodyjne, głośne gitarowe granie, z pogranicza indie rocka i punka. Rzecz działa się kilka lat temu, Oberst zaczynał być już wówczas sławny jako cudowne dziecko sceny akustycznego singer/songwritingu, lider w pewnych kręgach niemal kultowej grupy Bright Eyes.
Zespół wydał wtedy płytę długogrającą, zatytułowaną „Read Music / Speak Spanish”, pełną niemal niewiarygodnie przebojowych kompozycji, udowadniających, że Oberst ma w głowie nieskończoną ilość świetnych melodii, które równie dobrze brzmią jako wyszeptane akustyczne ballady, jak i pełne krzyku i desperacji punkowe hymny. Udowadniających, że ten chłopak ma równie dużo do powiedzenia, kiedy zwierza się ze swoich najskrytszych emocji, jak i kiedy gniewnie wykrzykuje swoje manifestacyjne opinie o stanie współczesnego świata.
Potem przyszły lata wielkich sukcesów, zarówno pod szyldem Bright Eyes, jak i pod własnym nazwiskiem, lata odcinania kuponów i lata, nieuchronnego we współczesnym porządku popkultury, zapomnienia. To ostatnie oznaczało, że Oberst może znów zaczynać wszystko od początku.
I zaczął. Z wielkim hukiem. Postanowił po dziesięcioletniej przerwie odświeżyć swój punkowy projekt. Zaczęło się od kilku zaostrzających apetyt singli, które członkowie grupy publikowali już od mniej więcej dwóch lat, potem zespół w odświeżonym składzie zagrał kilka koncertów - w tym gorący, pod każdym względem, występ na kalifornijskim festiwalu Coachella. Organizatorzy zdecydowali się zaoferować muzykom wyjątkowo długi czas na występ, tak żeby mogli przypomnieć wszystkie najważniejsze utwory z pierwszej płyty i zagrać spory zestaw premierowych kompozycji.
Aż wreszcie nadszedł moment, kiedy zapowiadany od dawna nowy materiał ujrzał światło dzienne. Album, zatytułowany „Payola” ukazał się pod koniec czerwca, nakładem zasłużonej punkowej wytwórni Epitaph. I z miejsca okazało się, że mimo upływu lat w znakomity sposób kontynuuje to, co działo się na poprzedniej płycie. Znakomite, znów: wpadające w ucho od pierwszego przesłuchania melodie, mocne, polityczne, teksty - często o nader dyskusyjnej wymowie, a na dodatek - jedyny w swoim rodzaju, niepowtarzalny, wciąż pełen czegoś pomiędzy młodzieńczą niepewnością, a straceńczą desperacją, głos wokalisty grupy. To wszystko sprawia, że „Payola” jest jedną z najciekawszych płyt tego roku, jeśli chodzi o nie zakopany w podziemiu punk rock.