Ta piosenka mówi o tym, jakie to ważne, żeby być dla kogoś ostoją i zabezpieczeniem. A życie mówi, że to nie zawsze wystarcza.

REKLAMA
To był jeden z tych przyjemnych momentów, o których nie raz tu pisałem. Momentów, kiedy przesłuchuje się dziesiątki nowych płyt, setki nowych piosenek, z których żadna nie chce nic znaczyć i zostać w głowie na dłużej i nagle słyszy się taką, która okazuje się jasno i wprost mówić coś, o czym właśnie się myślało. Nagle słyszy się jakąś melodię, o której od pierwszego taktu wie się, że będzie melodią, której długo nie będzie się chciało i nie będzie się mogło zapomnieć. Nagle słyszy się tekst, który mówi dokładnie to, co chciało się powiedzieć, dokładnie to, o czym się chciało od kogoś usłyszeć, dokładnie to, o czym się myślało, ale nie wiedziało się do końca, jak te myśli wysłowić. Nagle okazuje się, że ktoś je wysławia za nas i robi to niemal lepiej, niż my sami moglibyśmy to zrobić.
Tak miałem z tą piosenką. Usłyszałem ją pierwszy raz jadąc rowerem w samym środku nocy z Sopotu do Gdańska. Przebijając się przez gęste, parne powietrze pierwszej ciepłej nocy w tym roku, nie wierząc do końca, że to ciepło zostanie już na dłużej. A potem nie mogąc zupełnie uwierzyć w to, co usłyszałem. „Powiedziałaś mi, że jestem jak Morze Martwe, że ze mną nie da się utopić. I to były najmilsze słowa, jakie mi kiedykolwiek powiedziałaś, kochanie. Nie widzisz tego? Urodziłem się, żeby być twoim Morzem Martwym”. Nie mogłem w to uwierzyć, więc przesłuchałem tą piosenkę jeszcze raz, i jeszcze, i jeszcze. I wciąż nie mogłem zrozumieć, jak to się stało, że ktoś, gdzieś na końcu świata, napisał piosenkę, której słowa kołatały mi się w głowie już od dawna. Na długo zanim ją usłyszałem.

The Lumineers to zupełnie nowe odkrycie. Skromne folkowe trio stworzone przez muzyków, którzy mieszkali przez długie lata w Nowym Jorku, a potem wyprowadzili się do Denver. Muzyków, którzy używają najprostszych akustycznych instrumentów, żeby tworzyć swoje proste, akustyczne piosenki. Kilkanaście z nich trafiło na debiutancki album zespołu z jego nazwą w tytule, który ukazał się na początku kwietnia. Jest w nich trochę o miłości, najczęściej tej, która nie chce się udać, trochę o marzeniach, które nie chcą się spełnić, trochę o złudzeniach, które nie chcą się rozwiać, trochę o polityce, która nie chce być czysta i trochę o przyjaźni, która nie może być brudna. Czyli o tych wszystkich ważnych sprawach, o których najtrudniej jest mówić.
I jest też na tej płycie ta piosenka, która z każdy przesłuchaniem wydaje mi się coraz bardziej bliska, coraz bardziej prawdziwa, coraz bardziej mądra. I coraz bardziej ważna. Zwłaszcza wtedy, kiedy uświadamiam sobie coraz boleśniej, że nie zawsze wystarczy być po prostu jak Morze Martwe. I że właściwie wszystko jest już może martwe.