Ta dziewczyna zdaje się mieć niespożytą energię, naturalną charyzmę i akurat tyle desperacji, żeby nie odstręczać, ale fascynować.

REKLAMA
Ta dziewczyna nazywa się Alicia Bognanno, ma spory talent, ale i trochę szczęścia - bez tego ostatniego zdecydowanie nie byłaby dziś tam, gdzie jest. Ale jednocześnie - zasługuje na zdecydowanie więcej, bo to co robi jest tego zdecydowanie warte. Bognanno urodziła się w niewielkim miasteczku Rosemount w stanie Minnesota, w którym w zasadzie jest tylko rafineria i dużo frustracji. Szybko wyruszyła więc daleko od rodzinnych stron, żeby uciec przed tą ostatnią.
Od zawsze interesowała się muzyką, nie tylko, tak jak wszyscy, słuchając piosenek, ale zastanawiając się, jak zostały nagrane i dlaczego brzmią tak, jak brzmią. W efekcie trafiła na studia w zakresie inżynierii dźwięku na stanowym uniwersytecie Middle Tennessee, a kiedy tylko zdobyła dyplom wylądowała w miejscu, o którym marzy wielu młodych realizatorów: w słynnym studio Electrical Audio w Chicago, gdzie obyła staż pod czujnym okiem, czy raczej: uchem, samego Steve’a Albiniego, prawdziwego guru, jeżeli chodzi o nagrywanie gitarowych zespołów, człowieka, który odpowiada za brzmienie niezliczonych ważnych płyt z alternatywnym rockiem, a na boku zajmuje się jeszcze dopracowywaniem do perfekcji brzmienia własnych zespołów - kiedyś chodziło o grupę Big Black, dziś - Shellac.
Po tej szkole, która - sądząc po tym, jak brzmią dziś jej własne nagrania - sporo jej dała i wiele nauczyła, artystka trafiła do Nashville, co oczywiście wcale nie oznaczało, że - jak każe stereotyp - zaczęła grać country. Nic z tych rzeczy. Najpierw dołączyła do grającego power pop zespołu King Arthur, a wreszcie zdecydowała się mówić własnym głosem: założyła formację, w której stoi na pierwszym planie.
Zespół nazywa się Bully i oprócz założycielki gra w nim trzech innych muzyków. Czwórka młodych Amerykanów zadebiutowała w 2013 roku kasetowym singlem, wydanym własnym sumptem, potem ukazała się trochę dłuższa epka, a wreszcie zespół wydał pełnowymiarowy materiał. Ukazał się w czerwcu pod tytułem „Feels Like”, nakładem wytwórni Startime International.
Na albumie znalazł się zestaw prostych, indie rockowych piosenek, nie leżących daleko od tego, co tworzy kilka innych, coraz bardziej zauważanych i poważanych przez krytyków i zwykłych słuchaczy artystek: Colleen Green czy Courtney Barnett. Ale piosenki Bully są od ich utworów nieco ostrzejsze, zahaczające nawet o mocne, brudne granie gdzieś z okolic surowego post-grunge’u. Kiedy się ich słucha, nie da się ukryć, że Bognanno brała lekcje u Albiniego.
Na oryginalności zespołu tej dziewczyny waży z pewnością jej osobowość, która w spójny sposób objawia się zarówno w jej osobistych, niekiedy balansujących wręcz na granicy ekshibicjonizmu, tekstach, jak i w tym, jak ta ekspresyjna dziewczyna zachowuje się na scenie. Bez dwóch zdań - warto ją poznać.