Niby istnieją od dawna, niby wcześniej wydali kilka płyt, ale dopiero ta najnowsza okazała się czymś, co zwróciło na nich większą uwagę.
REKLAMA
Działka mieszcząca się gdzieś w trójkącie między punk rockiem, emo i shoegazem jest ostatnio coraz bardziej zatłoczona - co i rusz pojawiają się kolejne zespoły, które próbują się wyróżnić z coraz większego tłumu muzyków odświeżających tę estetykę, najpopularniejszą dobre dwie dekady temu. Oto kolejny z nich - amerykańska formacja Turnover.
To kwartet, który powstał w 2009 roku w Virginia Beach. Młodzi muzycy przez kilka lat walczyli o to, żeby ktoś ich zauważył: nagrywali kolejne single, wydawali je albo sami, albo za sprawą zaprzyjaźnionych mikroskopijnych wydawnictw, grali niezliczone trasy koncertowe, wszędzie gdzie się tylko dało. Zjechali całe Stany Zjednoczone wzdłuż i wszerz, grywając niemal wszędzie, gdzie tylko byli ludzie zainteresowani muzyką, w jakiej się specjalizują. Chętnie wybierali się na wycieczki z innymi młodymi zespołami, szukającymi szansy na nieco większą popularność, chętnie grywali u boku zespołów, którym to się już udało. Najwięcej publiczności mogło zobaczyć młodych muzyków z Virginii, kiedy otwierali koncerty, powracającego na scenę po sporej przerwie, zespołu New Found Glory.
Przez trzy lata niewiele z tego wynikało, ale wreszcie coś drgnęło - w 2012 roku na zespół zwrócili uwagę prawdziwi specjaliści od tego typu grania, właściciele bostońskiej wytwórni Run For Cover Records, która w swoim katalogu ma właśnie przede wszystkim wydawnictwa zespołów grających taką muzykę, takich jak m.in.: Pity Sex, Modern Baseball, Whirr czy znakomity szwedzki Makthaverskan. Rok później Turnover zadebiutował w barwach swojej nowej wytwórni, albumem „Magnolia”. Trochę się o nim mówiło, trochę się o nim pisało, ale wciąż jeszcze nie było szału.
Dopiero teraz, po wydaniu swojej drugiej płyty, zatytułowanej „Peripheral Vision”, która ukazała się na początku maja, o zespole zaczęło się robić trochę głośniej. I nic dziwnego, bo ten album rzeczywiście potrafi zrobić wrażenie. Choć, z drugiej strony, łatwo tego nie zauważyć: młodzi Amerykanie grają muzykę, która na początku wydaje się bardzo niepozorna, wyciszona, nie dociśnięta. Ale to tylko pierwsze wrażenie. Ta płyta to typowy „grower” - materiał, który potrzebuje czasu i wielokrotnego przesłuchania, a wtedy rośnie coraz bardziej i coraz mocniej może się podobać.
Jest na tej płycie sporo znakomitych melodii, jest na niej kilka niezwykle przebojowych refrenów, jest wiele momentów, które zostają w pamięci. Jest też dużo zwracających uwagę tekstów - pod tym względem ten album to bardzo ciekawy zapis niepewności i rozedrgania młodego człowieka w niepewnej i zaskakującej na każdym kroku współczesności. Świetnie się tego słucha, a na dodatek - ten ładunek młodzieńczych niepokojów mocno daje do myślenia.
Ten album okazuje się więc dokładnie taki, jak wskazuje na to sama jego okładka: rozmazana, rozmyta, nie do końca wyraźna, ale przecież kryjąca w sobie ciekawy, nieco zagadkowy, budzący najróżniejsze skojarzenia portret.
To kwartet, który powstał w 2009 roku w Virginia Beach. Młodzi muzycy przez kilka lat walczyli o to, żeby ktoś ich zauważył: nagrywali kolejne single, wydawali je albo sami, albo za sprawą zaprzyjaźnionych mikroskopijnych wydawnictw, grali niezliczone trasy koncertowe, wszędzie gdzie się tylko dało. Zjechali całe Stany Zjednoczone wzdłuż i wszerz, grywając niemal wszędzie, gdzie tylko byli ludzie zainteresowani muzyką, w jakiej się specjalizują. Chętnie wybierali się na wycieczki z innymi młodymi zespołami, szukającymi szansy na nieco większą popularność, chętnie grywali u boku zespołów, którym to się już udało. Najwięcej publiczności mogło zobaczyć młodych muzyków z Virginii, kiedy otwierali koncerty, powracającego na scenę po sporej przerwie, zespołu New Found Glory.
Przez trzy lata niewiele z tego wynikało, ale wreszcie coś drgnęło - w 2012 roku na zespół zwrócili uwagę prawdziwi specjaliści od tego typu grania, właściciele bostońskiej wytwórni Run For Cover Records, która w swoim katalogu ma właśnie przede wszystkim wydawnictwa zespołów grających taką muzykę, takich jak m.in.: Pity Sex, Modern Baseball, Whirr czy znakomity szwedzki Makthaverskan. Rok później Turnover zadebiutował w barwach swojej nowej wytwórni, albumem „Magnolia”. Trochę się o nim mówiło, trochę się o nim pisało, ale wciąż jeszcze nie było szału.
Dopiero teraz, po wydaniu swojej drugiej płyty, zatytułowanej „Peripheral Vision”, która ukazała się na początku maja, o zespole zaczęło się robić trochę głośniej. I nic dziwnego, bo ten album rzeczywiście potrafi zrobić wrażenie. Choć, z drugiej strony, łatwo tego nie zauważyć: młodzi Amerykanie grają muzykę, która na początku wydaje się bardzo niepozorna, wyciszona, nie dociśnięta. Ale to tylko pierwsze wrażenie. Ta płyta to typowy „grower” - materiał, który potrzebuje czasu i wielokrotnego przesłuchania, a wtedy rośnie coraz bardziej i coraz mocniej może się podobać.
Jest na tej płycie sporo znakomitych melodii, jest na niej kilka niezwykle przebojowych refrenów, jest wiele momentów, które zostają w pamięci. Jest też dużo zwracających uwagę tekstów - pod tym względem ten album to bardzo ciekawy zapis niepewności i rozedrgania młodego człowieka w niepewnej i zaskakującej na każdym kroku współczesności. Świetnie się tego słucha, a na dodatek - ten ładunek młodzieńczych niepokojów mocno daje do myślenia.
Ten album okazuje się więc dokładnie taki, jak wskazuje na to sama jego okładka: rozmazana, rozmyta, nie do końca wyraźna, ale przecież kryjąca w sobie ciekawy, nieco zagadkowy, budzący najróżniejsze skojarzenia portret.
