Ten zespół, głęboko zatopiony w brudnym emo z lat dziewięćdziesiątych, swoją najnowszą płytą udowadnia, że ta estetyka wciąż jeszcze może być pociągająca i poruszająca.
REKLAMA
Envy to zespół pochodzący z dalekiej Japonii. Na współczesnej scenie alternatywnej wykonawcy z tego kraju mają raczej niewielkie szanse zaistnienia - bariery: kulturowa, językowa, a czasem po prostu geograficzna, w zasadzie zupełnie uniemożliwiają im normalne funkcjonowanie w koncertowo-festiwalowym obiegu. Na scenie niezależnej natomiast nigdy nie był to żaden problem. Wręcz przeciwnie - twórczość japońskich zespołów crustowych uznawana była od zawsze za jeden z najciekawszych podgatunków takiej estetyki. Szanse na popularność wśród punków w Europie i Stanach Zjednoczonych zawsze miały także zespoły grające inne gatunki muzyki z punkowymi korzeniami. Szanse te dość skutecznie wykorzystała wówczas, w latach dziewięćdziesiątych, grupa Envy.
Zespół powstał w 1992 roku w Tokyo, a jego członkowie bardzo szybko ujawnili swoje zamiłowania do muzyki, która nie była zbyt popularna w Japonii, za to bardzo mocno trafiała w gusta wielu uczestników sceny niezależnej w innych krajach. O ile większość japońskiej sceny mocno uwikłana była wówczas w crustowe okowy, serwując potwornie brudne i ciężkie riffy z radykalnymi politycznymi tekstami, growlowanymi przez wokalistów w nieludzki sposób, o tyle muzycy Envy poszli w stronę muzyki emo. Ale było to oczywiście emo mocno punkowe, bliższe raczej estetyce screamo. Japończycy mieli szorstkie, ostre brzmienie i tylko od czasu do czasu wplatali w swoje kompozycje spokojniejsze, liryczne fragmenty.
Taka muzyka musiała się spodobać fanom punkowego emo, zwłaszcza tym, którzy spośród kilku odmian tej estetyki lubili zwłaszcza tzw. „french emo”, oparte właśnie na brudnych rytmach i krzyku wokalisty. I rzeczywiście - zespół bardzo szybko zyskał sporą, jak na warunki sceny alternatywnej, popularność po obu stronach Atlantyku. Równie szybko muzykom udało się nawiązać kontakt z tutejszymi wydawcami - dzięki temu kolejne wydawnictwa grupy Envy nie musiały trafiać do Europy i Stanów w wysokich cenach, charakterystycznych dla płyt importowanych z Japonii.
Zmieniały się czasy, scena niezależna przestała funkcjonować tak jak dawniej, a japońscy muzycy nadal pozostali wierni wybranej na początku działalności kariery estetyce, uzupełniając ją tylko czasem elementami takich gatunków jak np. post rock.
Dziś Japończycy zdają się trafiać idealnie w swój czas - estetyka, której hołdują powraca w wielkim stylu i ma dziś więcej zwolenników, niż kiedykolwiek wcześniej. Muzycy właśnie wydali nowy, pierwszy od pięciu lat, pełnowymiarowy materiał - płytę zatytułowaną „Atheist’s Cornea”. Brzmi dokładnie tak, jak zespół brzmiał w dwie dekady temu, co sprawia, że dość dobrze wpisuje się w oczekiwania dzisiejszej publiczności śledzącej uważnie twórczość zespołów, które nawiązują do estetyki emo. Zdecydowanie warto, żeby zwrócili też uwagę na ten zespół.
Zespół powstał w 1992 roku w Tokyo, a jego członkowie bardzo szybko ujawnili swoje zamiłowania do muzyki, która nie była zbyt popularna w Japonii, za to bardzo mocno trafiała w gusta wielu uczestników sceny niezależnej w innych krajach. O ile większość japońskiej sceny mocno uwikłana była wówczas w crustowe okowy, serwując potwornie brudne i ciężkie riffy z radykalnymi politycznymi tekstami, growlowanymi przez wokalistów w nieludzki sposób, o tyle muzycy Envy poszli w stronę muzyki emo. Ale było to oczywiście emo mocno punkowe, bliższe raczej estetyce screamo. Japończycy mieli szorstkie, ostre brzmienie i tylko od czasu do czasu wplatali w swoje kompozycje spokojniejsze, liryczne fragmenty.
Taka muzyka musiała się spodobać fanom punkowego emo, zwłaszcza tym, którzy spośród kilku odmian tej estetyki lubili zwłaszcza tzw. „french emo”, oparte właśnie na brudnych rytmach i krzyku wokalisty. I rzeczywiście - zespół bardzo szybko zyskał sporą, jak na warunki sceny alternatywnej, popularność po obu stronach Atlantyku. Równie szybko muzykom udało się nawiązać kontakt z tutejszymi wydawcami - dzięki temu kolejne wydawnictwa grupy Envy nie musiały trafiać do Europy i Stanów w wysokich cenach, charakterystycznych dla płyt importowanych z Japonii.
Zmieniały się czasy, scena niezależna przestała funkcjonować tak jak dawniej, a japońscy muzycy nadal pozostali wierni wybranej na początku działalności kariery estetyce, uzupełniając ją tylko czasem elementami takich gatunków jak np. post rock.
Dziś Japończycy zdają się trafiać idealnie w swój czas - estetyka, której hołdują powraca w wielkim stylu i ma dziś więcej zwolenników, niż kiedykolwiek wcześniej. Muzycy właśnie wydali nowy, pierwszy od pięciu lat, pełnowymiarowy materiał - płytę zatytułowaną „Atheist’s Cornea”. Brzmi dokładnie tak, jak zespół brzmiał w dwie dekady temu, co sprawia, że dość dobrze wpisuje się w oczekiwania dzisiejszej publiczności śledzącej uważnie twórczość zespołów, które nawiązują do estetyki emo. Zdecydowanie warto, żeby zwrócili też uwagę na ten zespół.
