Ta płyta zapowiada się na najambitniejszy projekt w tym roku, jeśli chodzi o - coraz popularniejszy - gatunek: skrzyżowanie metalu, post rocka i shoegaze’u.

REKLAMA
Tego jeszcze nie było. A raczej: nie było w formie i postaci akceptowalnej dla współczesnej alternatywnej publiczności. Bo owszem, co i rusz członkowie tradycyjnie metalowych zespołów próbują sił w tego typu, ambitnych projektach, ale zwykle lądują gdzieś na manowcach patosu skrzyżowanego z pretensją. Tym razem może być inaczej.
Chodzi o najnowszą płytę pochodzącego z Brooklynu zespołu So Hideous. Drugi w historii grupy album, zatytułowany „Laurestine” ma się ukazać w połowie października i będzie bez dwóch zdań najambitniejszym projektem tego typu w ostatnim czasie. Na potrzeby jego nagrania czterech nowojorskich metalowców stworzyło sporą orkiestrę, z kilkoma klasycznymi sekcjami instrumentalnymi, która przygotowała potężnie brzmiące partie symfoniczne. Łączą się one z bezlitosnymi riffami i wściekłymi liniami wokalnymi, tworząc syntezę niezwykłą, intrygującą i daleką od pomysłów w stylu „symfonicznego metalu”.
To wydawnictwo zapowiada się ambitnie nie tylko pod względem muzycznym: to concept album, opowiadający, a jakże, o umieraniu. Punktem wyjścia jest popularna informacja, a może zwykły mit, powtarzany przy wielu okazjach, o tym, że przez siedem minut przed śmiercią mózg wchodzi w nietypowy stan, podczas którego umierającej osobie przypomina się całe życie. Te arbitralne siedem minut stało się konstrukcyjnym punktem wyjścia całego materiału: znalazło się na nim siedem utworów, utrzymanych w metrach liczonych na siedem. Kolejne kompozycje to części rozwijającej się opowieści o siedmiu minutach, do których kurczy się życie - „Yesteryear”, pierwsza z nich, zaczyna się właśnie od śmierci bohatera płyty.
Brzmi to wszystko na granicy nieznośnej maniery i patosu, ale pierwszy utwór z płyty, ujawniony właśnie przez muzyków, rozwiewa sporo wątpliwości - nawet jeśli warstwa ideologiczna tej płyty może być trudna do przełknięcia, nawet jeśli specjalnie zamówiona u cenionego włoskiego ilustratora Daniela Serry, wystylizowana w bardzo mocny sposób, szata graficzna może być wyrafinowana w trudny do przyjęcia sposób, przynajmniej pod względem muzycznym ten materiał powinien okazać się ciekawy.
Zaufanie do swoich pomysłów muzycy z Brooklynu zbudowali już przecież swoim poprzednim wydawnictwem, wydanym kilka lat temu mini-albumem „Last Poem / First Light”, na którym elementy orkiestrowe okazywały się znakomitym punktem wyjścia i uzupełnieniem wściekłego metalowego grania, które momentami ocierało się o poziom znany z płyt współczesnych klasyków tego gatunku. Warto poczekać na premierę płyty, żeby przekonać się, czy będzie tylko pretensjonalną ciekawostką czy godnym zapamiętania dziełem wykraczającym poza przeciętność.