O autorze
Muzyki słucham prawie bez przerwy, towarzyszy mi od rana do wieczora,
przy każdej okazji, w każdych okolicznościach. Cały czas mi mało i
cały czas szukam czegoś nowego. Na moim blogu będę pisał o piosenkach, które w ostatnim czasie zrobiły na mnie szczególne wrażenie. Przede wszystkim o tych najnowszych,
przygotowanych przez wykonawców, którzy dopiero pukają do drzwi
wielkiej popularności, ale i tych klasycznych, o których nie można
zapominać. O tych, które wiążą się w jakiś sposób z tym, co właśnie
robię - np. wtedy, kiedy wybieram się na koncert jakiegoś zespołu albo
na festiwal, o tych, które najlepiej oddają mój nastrój. O tych,
których być może do tej pory nie słyszałaś/słyszałeś, a moim zdaniem
zdecydowanie usłyszeć powinnaś/powinieneś.

So Hideous „Yesteryear”

Ta płyta zapowiada się na najambitniejszy projekt w tym roku, jeśli chodzi o - coraz popularniejszy - gatunek: skrzyżowanie metalu, post rocka i shoegaze’u.


Tego jeszcze nie było. A raczej: nie było w formie i postaci akceptowalnej dla współczesnej alternatywnej publiczności. Bo owszem, co i rusz członkowie tradycyjnie metalowych zespołów próbują sił w tego typu, ambitnych projektach, ale zwykle lądują gdzieś na manowcach patosu skrzyżowanego z pretensją. Tym razem może być inaczej.
Chodzi o najnowszą płytę pochodzącego z Brooklynu zespołu So Hideous. Drugi w historii grupy album, zatytułowany „Laurestine” ma się ukazać w połowie października i będzie bez dwóch zdań najambitniejszym projektem tego typu w ostatnim czasie. Na potrzeby jego nagrania czterech nowojorskich metalowców stworzyło sporą orkiestrę, z kilkoma klasycznymi sekcjami instrumentalnymi, która przygotowała potężnie brzmiące partie symfoniczne. Łączą się one z bezlitosnymi riffami i wściekłymi liniami wokalnymi, tworząc syntezę niezwykłą, intrygującą i daleką od pomysłów w stylu „symfonicznego metalu”.
To wydawnictwo zapowiada się ambitnie nie tylko pod względem muzycznym: to concept album, opowiadający, a jakże, o umieraniu. Punktem wyjścia jest popularna informacja, a może zwykły mit, powtarzany przy wielu okazjach, o tym, że przez siedem minut przed śmiercią mózg wchodzi w nietypowy stan, podczas którego umierającej osobie przypomina się całe życie. Te arbitralne siedem minut stało się konstrukcyjnym punktem wyjścia całego materiału: znalazło się na nim siedem utworów, utrzymanych w metrach liczonych na siedem. Kolejne kompozycje to części rozwijającej się opowieści o siedmiu minutach, do których kurczy się życie - „Yesteryear”, pierwsza z nich, zaczyna się właśnie od śmierci bohatera płyty.
Brzmi to wszystko na granicy nieznośnej maniery i patosu, ale pierwszy utwór z płyty, ujawniony właśnie przez muzyków, rozwiewa sporo wątpliwości - nawet jeśli warstwa ideologiczna tej płyty może być trudna do przełknięcia, nawet jeśli specjalnie zamówiona u cenionego włoskiego ilustratora Daniela Serry, wystylizowana w bardzo mocny sposób, szata graficzna może być wyrafinowana w trudny do przyjęcia sposób, przynajmniej pod względem muzycznym ten materiał powinien okazać się ciekawy.
Zaufanie do swoich pomysłów muzycy z Brooklynu zbudowali już przecież swoim poprzednim wydawnictwem, wydanym kilka lat temu mini-albumem „Last Poem / First Light”, na którym elementy orkiestrowe okazywały się znakomitym punktem wyjścia i uzupełnieniem wściekłego metalowego grania, które momentami ocierało się o poziom znany z płyt współczesnych klasyków tego gatunku. Warto poczekać na premierę płyty, żeby przekonać się, czy będzie tylko pretensjonalną ciekawostką czy godnym zapamiętania dziełem wykraczającym poza przeciętność.

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...