O autorze
Muzyki słucham prawie bez przerwy, towarzyszy mi od rana do wieczora,
przy każdej okazji, w każdych okolicznościach. Cały czas mi mało i
cały czas szukam czegoś nowego. Na moim blogu będę pisał o piosenkach, które w ostatnim czasie zrobiły na mnie szczególne wrażenie. Przede wszystkim o tych najnowszych,
przygotowanych przez wykonawców, którzy dopiero pukają do drzwi
wielkiej popularności, ale i tych klasycznych, o których nie można
zapominać. O tych, które wiążą się w jakiś sposób z tym, co właśnie
robię - np. wtedy, kiedy wybieram się na koncert jakiegoś zespołu albo
na festiwal, o tych, które najlepiej oddają mój nastrój. O tych,
których być może do tej pory nie słyszałaś/słyszałeś, a moim zdaniem
zdecydowanie usłyszeć powinnaś/powinieneś.

Warm Graves „Ravachol”

Ich wydana rok temu płyta będzie idealnie pasować i do tegorocznej jesieni. A oni sami są dziś jednym z największych odkryć niemieckiej sceny muzycznej ostatnich lat.


Zaczęło się o nich mówić dopiero niedawno. Ale od razu mówiło się bardzo ciepło. Dość szybko udało im się coś, co niemieckim wykonawcom udaje się raczej rzadko - przekroczyć dość szczelną granicę, która oddziela niemieckich muzyków, nawet tych będących w swej ojczyźnie wielkimi gwiazdami, od sceny europejskiej i amerykańskiej. Zawdzięczać to mogą rozsądnym decyzjom dotyczącym zagranicznej promocji - zespół pojawił się w tym roku na co najmniej dwóch ważnych festiwalach promocyjnych - ważnych dlatego, że pojawiają się na nich przedstawiciele branży muzycznej z całego świata: majowym The Great Escape w Brighton i wrześniowym Reeperbahn Festival w Hamburgu. Zawdzięczać to mogą drobiazgowi, który jednak odcina szanse na międzynarodową karierę ich wielu innym, nawet mocno utalentowanym, rodakom - śpiewają po angielsku.
Zawdzięczać to mogą także - a raczej oczywiście: przede wszystkim - temu, że grają muzykę bardzo ciekawą, bardzo mocną, bardzo oryginalną. Sami nazywają ją sci-fi rockiem, krytycy ukuli określenie skygazing, które ma być adekwatnym do granej przez ten zespół muzyki odpowiednikiem słowa shoegaze, w recenzjach bardzo często pojawiają się słowa o „dźwiękach ze ścieżki dźwiękowej do nieistniejącego filmu science fiction” - słowa używane tak często, w odniesieniu do tak licznych zespołów, że nie znaczące dziś już właściwie zupełnie nic, ale w przypadku tej grupy nabierające zupełnie nowego i świeżego znaczenia. Bo rzeczywiście, muzyka tej grupy brzmi jakby była z innej planety, albo jakby towarzyszyć miała filmowym scenom, pokazującym lot na oślep przez galaktyki.
Warm Graves to trio pochodzące z Lipska. Powstało w 2012 roku, a jego założyciele zdecydowali się zbudować swoje brzmienie z niecodziennego zestawu instrumentów: perkusji, gitary i wiekowych elektronicznych organów. I to wystarczyło: bębny nadają ich piosenkom rytm: transowy, prosty, ale w żaden sposób nie monotonny, potężnie i brudno brzmiąca gitara tworzy zanurzone w hałasie melodie, a organy nadają poszczególnym utworom wymiaru niemal elegijno-apokaliptycznego. Efekt jest niemal piorunujący: koncerty grupy robią wrażenie, z którego trudno się otrząsnąć, a płyta, album zatytułowany „Ships Will Come” jest wydawnictwem, które choćby po jednym przesłuchaniu długo się pamięta.
Choć album ukazał się oficjalnie niemal dokładnie rok temu, na mocne wejście na scenę zespół musiał trochę poczekać. Ale nadal warto sięgnąć po ten materiał, tym bardziej, że jest okazja, bo właśnie doczekał się wznowienia z szerszą niż do tej pory dystrybucja. Póki co znakomicie znosi próbę czasu i brzmi dziś świeżo, mocno i oryginalnie.

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...