Sporo jest zespołów, których członkowie umiejętnie robią ciekawy hałas. Ale mało który z nich robi hałas tak zwierzęcy i tak... chamski, jak ta czwórka z Toronto.
REKLAMA
To jeden z tych zespołów, które nigdy nie doczekają się większej sławy. Nie ma szans. Nawet mimo tego, że dziś o wiele łatwiej wypłynąć na szersze wody zespołom grającym bardzo ostrą muzykę, musi być w niej jednak chociaż drobny element elegancji i uporządkowania. W muzyce tej grupy bardzo konsekwentnie nie ma ani jednego, ani drugiego. I to jest w niej wciągające i fascynujące.
Zespół HSY potrafi zachwycić już na poziomie czysto formalnym: przede wszystkim tym, że bardzo umiejętnie buduje swoją muzykę z elementów kilku gatunków, a na dodatek nie popada przy tym w manierę związaną z żadnym z nich. Jest więc w graniu tej grupy dużo niemal crustowego punk rocka, ale nie ma śladu pewnej monotonii często z nim związanej, jest sporo elementów metalu, ale nie ma śladu uciekania w pompujące ego gitarowe solówki czy puste riffy, jest sporo naleciałości rocka industrialnego, ale nie ma całego sztafażu, który łączy się z taką estetyką: tych wszystkich metalowych beczek, wiertarek i łańcuchów. Jest wreszcie w utworach HSY dużo klasycznego noise’u, ale nie ma w nich śladu męczącej monumentalności tego gatunku. I już za to unikanie wielu pułapek ostrego grania należy się tym muzykom trochę uwagi.
Jeszcze więcej powinni jej dostać za coś, co nie zawsze zdarza się na współczesnej scenie, pełnej zespołów, które często grają ciekawą muzykę, ale jeszcze częściej grają ją w sposób, który sprawia nieznośne wrażenie kontrolowania się, unikania przekraczania pewnych granic, kurczowego trzymania się zasad.
A muzycy HSY sprawiają wrażenie, jakby mieli to wszystko za nic. Kiedy ogląda się ich na scenie nie sposób nie zauważyć - i nie dać się nie ponieść - ich kompletnie niekontrolowanej bezwzględności w prokurowaniu nieludzkiego hałasu. Słychać w tym prawdziwą zwierzęcość, bezczelność, a może i nawet zwykłe chamstwo - w tym przypadku, bardzo przewrotnie, rozumiane w bardzo pozytywnym sensie tego słowa. Kiedy widzi się to na żywo, muzyka grupy nabiera zupełnie innego wymiaru niż na płycie.
HSY to czteroosobowy skład, którego muzycy pochodzą z Toronto. Grupa powstała w 2011 roku i od tego czasu powoli, konsekwentnie, choć nie zawsze skutecznie, próbuje piąć się w górę, jeśli chodzi o zainteresowanie słuchaczy. Ma dziś na swoim koncie całą serię wydawnictw, w większości przygotowanych przez miniaturowe, niezależne wytwórnie: to single, epki, splity i kasety. A bardzo niedawno muzycy uzupełnili swoją dyskografię o pierwsze pełnowymiarowe wydawnictwo - to album zatytułowany „Bask”, który ukazał się nakładem wytwórni Buzz Records. Czy przyniesie zespołowi większą popularność? Pewnie nie. Ale jest szansa, że zainteresują się nim chociaż ci, którzy poszukują na alternatywnej scenie świeżych i ciekawych propozycji.
Zespół HSY potrafi zachwycić już na poziomie czysto formalnym: przede wszystkim tym, że bardzo umiejętnie buduje swoją muzykę z elementów kilku gatunków, a na dodatek nie popada przy tym w manierę związaną z żadnym z nich. Jest więc w graniu tej grupy dużo niemal crustowego punk rocka, ale nie ma śladu pewnej monotonii często z nim związanej, jest sporo elementów metalu, ale nie ma śladu uciekania w pompujące ego gitarowe solówki czy puste riffy, jest sporo naleciałości rocka industrialnego, ale nie ma całego sztafażu, który łączy się z taką estetyką: tych wszystkich metalowych beczek, wiertarek i łańcuchów. Jest wreszcie w utworach HSY dużo klasycznego noise’u, ale nie ma w nich śladu męczącej monumentalności tego gatunku. I już za to unikanie wielu pułapek ostrego grania należy się tym muzykom trochę uwagi.
Jeszcze więcej powinni jej dostać za coś, co nie zawsze zdarza się na współczesnej scenie, pełnej zespołów, które często grają ciekawą muzykę, ale jeszcze częściej grają ją w sposób, który sprawia nieznośne wrażenie kontrolowania się, unikania przekraczania pewnych granic, kurczowego trzymania się zasad.
A muzycy HSY sprawiają wrażenie, jakby mieli to wszystko za nic. Kiedy ogląda się ich na scenie nie sposób nie zauważyć - i nie dać się nie ponieść - ich kompletnie niekontrolowanej bezwzględności w prokurowaniu nieludzkiego hałasu. Słychać w tym prawdziwą zwierzęcość, bezczelność, a może i nawet zwykłe chamstwo - w tym przypadku, bardzo przewrotnie, rozumiane w bardzo pozytywnym sensie tego słowa. Kiedy widzi się to na żywo, muzyka grupy nabiera zupełnie innego wymiaru niż na płycie.
HSY to czteroosobowy skład, którego muzycy pochodzą z Toronto. Grupa powstała w 2011 roku i od tego czasu powoli, konsekwentnie, choć nie zawsze skutecznie, próbuje piąć się w górę, jeśli chodzi o zainteresowanie słuchaczy. Ma dziś na swoim koncie całą serię wydawnictw, w większości przygotowanych przez miniaturowe, niezależne wytwórnie: to single, epki, splity i kasety. A bardzo niedawno muzycy uzupełnili swoją dyskografię o pierwsze pełnowymiarowe wydawnictwo - to album zatytułowany „Bask”, który ukazał się nakładem wytwórni Buzz Records. Czy przyniesie zespołowi większą popularność? Pewnie nie. Ale jest szansa, że zainteresują się nim chociaż ci, którzy poszukują na alternatywnej scenie świeżych i ciekawych propozycji.
