Wygląda na to, że krytykom się nie podoba. A wiele przecież wskazuje na to, że to jedna z najbardziej przebojowych płyt tego zespołu.
REKLAMA
Amerykańskiej formacji Wavves udało się przez ostatnie lata zbudować taką pozycję, że jej najnowszy album był jednym z najbardziej oczekiwanych wydawnictw z muzyką alternatywną tej jesieni. Nakręcanie atmosfery zaczęło się już latem: najpierw pojawiły się pierwsze zapowiedzi, potem ujawniona została okładka i lista piosenek, wreszcie - pierwszy singel, a potem następny. To była niemal wzorcowa akcja promocyjna, która mogłaby zostać przykładem omawianym w szkole dla menedżerów na zajęciach z prowadzenia kampanii tego typu. To był idealny przykład podtrzymywania przez dłuższy czas zainteresowania zespołem i jego poczynaniami. Przykład strategii, którą dostrzec dziś można w przypadku wielu wykonawców ze sceny alternatywnej.
W międzyczasie wydarzyło się co prawda jeszcze coś raczej nietypowego, zaskakującego, wręcz bezprecedensowego na współczesnej scenie - światło dzienne ujrzała płyta przygotowana wspólnie przez członków zespołów Wavves i Cloud Nothings. I, co ciekawe, nie był to tradycyjny split, czyli wydawnictwo na którego jednej stronie - o ile ktoś zdecyduje się na publikację w formie płyty winylowej - znajdują się nagrania jednego z wykonawców, a na drugiej - drugiego. Nic z tych rzeczy.
Tym razem była to rzeczywiście dosłownie rozumiana współpraca: muzycy spotkali się razem w studio nagraniowym, gdzie wspólnie skomponowali i zarejestrowali zestaw piosenek. Co prawda słychać oczywiście, że to raczej zapis dobrej imprezy kilku utalentowanych artystów, a nie płyta z prawdziwego zdarzenia, że to raczej pamiętnik i szkicownik, niż zestaw precyzyjnie dopracowanych utworów. Ale w tym przypadku to absolutnie nie problem: oczywiście, że ten album nie będzie miał poczesnego miejsca w dyskografii tych zespołów, ale z pewnością w żaden sposób im nie zaszkodził, a wśród szkiców, które znalazły się na tej płycie znaleźć można zalążki nader przebojowych kompozycji - na najnowszej trasie muzycy Wavves grają nawet jeden z nich.
Promocja promocją, współpraca z Cloud Nothings - współpracą, ale wszyscy czekali już na płytę. To piąty album w dorobku zespołu, w pełni uzasadniony jest więc lapidarny tytuł „V”. To płyta z dość zaskakującą okładką: pełnym symboli rysunkiem, który mieści się gdzieś między średniowiecznymi freskami a estetyką komiksową. To płyta, która powstawała w trudnym momencie - lider grupy opowiadał w wywiadach, że długo nie mógł się podnieść po bolesnym rozstaniu i mocno pomagał sobie alkoholem.
Na szczęście najwyraźniej nie stępiło to jego umiejętności do pisania przebojowych, garażowo-punkowych piosenek. Mało tego - dawno na żadnej płycie zespołu nie było ich tylu, ile znaleźć można na tym albumie.
Pod tym względem porównywać go niemal można do zdecydowanie największego i niedoścignionego osiągnięcia grupy, wydanej kilka lat temu krótkiej epki „Life Sux”, na której nie ma słabego punktu, a każdy utwór to na swój sposób absolutna perełka. Na nowej płycie też znalazło się ich całkiem sporo. Potwierdziły to koncerty na amerykańskiej trasie, promującej ten album - muzycy zdecydowali się umieścić w repertuarze wyjątkowo dużo nowych kompozycji, które na żywo wypadają znakomicie.
Wisienką na torcie wyprzedanego koncertu w Nowym Jorku, w sporej sali Irving Plaza, był na dodatek bardzo efektowny, ale i skrajnie ryzykowny skok, który wokalista wykonał z umieszczonego dość wysoko balkonu. Na szczęście tłum fanów złapał swojego idola, ten koncert nie zakończył więc historii zespołu. Można więc w ciemno prorokować, że występy Wavves będą w przyszłym sezonie mocnym punktem wielu letnich festiwali.
W międzyczasie wydarzyło się co prawda jeszcze coś raczej nietypowego, zaskakującego, wręcz bezprecedensowego na współczesnej scenie - światło dzienne ujrzała płyta przygotowana wspólnie przez członków zespołów Wavves i Cloud Nothings. I, co ciekawe, nie był to tradycyjny split, czyli wydawnictwo na którego jednej stronie - o ile ktoś zdecyduje się na publikację w formie płyty winylowej - znajdują się nagrania jednego z wykonawców, a na drugiej - drugiego. Nic z tych rzeczy.
Tym razem była to rzeczywiście dosłownie rozumiana współpraca: muzycy spotkali się razem w studio nagraniowym, gdzie wspólnie skomponowali i zarejestrowali zestaw piosenek. Co prawda słychać oczywiście, że to raczej zapis dobrej imprezy kilku utalentowanych artystów, a nie płyta z prawdziwego zdarzenia, że to raczej pamiętnik i szkicownik, niż zestaw precyzyjnie dopracowanych utworów. Ale w tym przypadku to absolutnie nie problem: oczywiście, że ten album nie będzie miał poczesnego miejsca w dyskografii tych zespołów, ale z pewnością w żaden sposób im nie zaszkodził, a wśród szkiców, które znalazły się na tej płycie znaleźć można zalążki nader przebojowych kompozycji - na najnowszej trasie muzycy Wavves grają nawet jeden z nich.
Promocja promocją, współpraca z Cloud Nothings - współpracą, ale wszyscy czekali już na płytę. To piąty album w dorobku zespołu, w pełni uzasadniony jest więc lapidarny tytuł „V”. To płyta z dość zaskakującą okładką: pełnym symboli rysunkiem, który mieści się gdzieś między średniowiecznymi freskami a estetyką komiksową. To płyta, która powstawała w trudnym momencie - lider grupy opowiadał w wywiadach, że długo nie mógł się podnieść po bolesnym rozstaniu i mocno pomagał sobie alkoholem.
Na szczęście najwyraźniej nie stępiło to jego umiejętności do pisania przebojowych, garażowo-punkowych piosenek. Mało tego - dawno na żadnej płycie zespołu nie było ich tylu, ile znaleźć można na tym albumie.
Pod tym względem porównywać go niemal można do zdecydowanie największego i niedoścignionego osiągnięcia grupy, wydanej kilka lat temu krótkiej epki „Life Sux”, na której nie ma słabego punktu, a każdy utwór to na swój sposób absolutna perełka. Na nowej płycie też znalazło się ich całkiem sporo. Potwierdziły to koncerty na amerykańskiej trasie, promującej ten album - muzycy zdecydowali się umieścić w repertuarze wyjątkowo dużo nowych kompozycji, które na żywo wypadają znakomicie.
Wisienką na torcie wyprzedanego koncertu w Nowym Jorku, w sporej sali Irving Plaza, był na dodatek bardzo efektowny, ale i skrajnie ryzykowny skok, który wokalista wykonał z umieszczonego dość wysoko balkonu. Na szczęście tłum fanów złapał swojego idola, ten koncert nie zakończył więc historii zespołu. Można więc w ciemno prorokować, że występy Wavves będą w przyszłym sezonie mocnym punktem wielu letnich festiwali.
