Cokolwiek się nie stanie, nawet jeśli trudno będzie o tym jasno i wyraźnie mówić, razem jakoś to przełkniemy. O tym jest, dla mnie, ta piosenka.

REKLAMA
Nie ma co tu kryć: uwielbiam ten zespół. Zakochałem się w nim od pierwszego wejrzenia, kiedy tylko usłyszałem jego cudownie niedzisiejszą, uroczo nieoryginalną, a jednocześnie absolutnie hipnotyzującą muzykę.
Kiedy usłyszałem ten brud, to niemal nieludzkie nawarstwienie nieco jakby zaspanych i szorstkich gitar, ten ukryty pod nimi, absolutnie zaspany, choć zupełnie nie szorstki głos, te wpadające w ucho od razu i zostające w głowie bardzo, bardzo długo, zaskakująco ładne melodie, te niekończące się chyba nigdy, zagubione, ale ciągle trzymające rytm i fason solówki.
Choć to Brytyjczycy, ale grają najbardziej po amerykańsku, jak tylko można, odwołując się do tej tradycji sceny alternatywnej, której symbolem jest przede wszystkim zespół Dinosaur Jr., w którym zasłuchuję się od lat do dziś.

Jeszcze bardziej zakochałem się w tym zespole, kiedy pierwszy raz zobaczyłem go na scenie – najpierw na Primaverze, a potem na Peel Stage w Glastonbury. Ten misiowaty, jakby wiecznie zaspany perkusista, tych dwóch całkowicie zagubionych hipsterów, wyrośniętych chłopców, którym ktoś dał do ręki gitary, ta wiecznie speszona dziewczyna o wyraźnie azjatyckich rysach – wystarczył rzut oka na tą absolutnie niepozbieraną czeredę, żeby od razu zapałać do niej jeszcze głębszym niż do tej pory afektem.
A jeszcze bardziej podbili moje serce, kiedy przez dwa kolejne dni festiwalu widziałem ich co chwilę na koncertach innych zespołów, wiecznie spacerujących razem, wiecznie sprawiających wrażenie lekko zagubionych, wiecznie zasłuchanych uważnie w to, co działo się na scenie.
Nie mogłem przestać słuchać ich debiutanckiej płyty, nie mogłem przestać słuchać zestawu ich wyjątkowo udanych b-side’ów, nie mogłem więc nie zauroczyć się z miejsca ich najnowszym singlem. Cudownie leniwym, snującym się niezbyt szybko brudnymi jak glastonburskie sceny gitarowymi solówkami i ciepłym głosem wokalisty, który śpiewa poszczególne zwrotki w taki sposób, że nawet rodowici Brytyjczycy mają problemy z rozpoznaniem, o co w nich tak naprawdę chodzi.
Ale ja dokładnie wiem, o co chodzi, zwłaszcza kiedy słucham tego utworu właśnie teraz, właśnie w tym momencie, do którego pasuje jak ulał: że niezależnie od tego, co się z nami dzieje, niezależnie od tego co nas spotyka, nawet jeśli są to sprawy, o których nie da się mówić wyraźnie i trzeba się chować za ścianą gitar, czy za ścianą całkiem realną, jedno jest pewne – razem bez żadnego problemu to wszystko przełkniemy.
I mam nadzieję, że ta myśl będzie mi towarzyszyć jak najdłużej. I już nie mogę się doczekać, kiedy usłyszę bodaj jutro ten utwór, rozpoczynający zapewne – tak jak miesiąc temu na festiwalu Coachella – koncert Yuck na festiwalu I’ll Be Your Mirror w Londynie.