To było jedno z najważniejszych odkryć tegorocznego nowojorskiego festiwalu CMJ - wśród dziesiątek zespołów grających podobną muzykę, ta czwórka młodych Kanadyjczyków wyróżniała się bezdyskusyjnie.
REKLAMA
Na nowojorskim festiwalu promocyjnym dla młodych zespołów CMJ, którego kolejna - jubileuszowa, 35 edycja, odbyła się w połowie października, co roku występują setki zespołów, reprezentujących najróżniejsze gatunki. Wszystkie chcą zwrócić na siebie uwagę przyjeżdżających na festiwal przedstawicieli branży. Sprawdzić jak wypadają na koncercie wszystkie te formacje, nie ma oczywiście szans.
Ale co roku pojawia się też pewien mechanizm, który bardzo ułatwia poruszanie się w gąszczu zupełnie nowych nazw i wybieranie tych zespołów, które wyróżniają się spośród całej reszty. Znakomitą pomocą służą organizatorzy poszczególnych showcase’ów, którzy okazują się bardzo skutecznym filtrem, wyszukującym esencję z festiwalowej magmy propozycji. Wystarczy więc śledzić kilka tradycyjnie najważniejszych stałych punktów festiwalowego programu - showcase’ów firmowanych przez znane i cenione blogi, agencje koncertowe czy słynące z precyzyjnie dobieranego programu kluby, żeby poznać festiwalową czołówkę.
W tym roku jednym z zespołów, które bez wątpienia do niej należały - a to w praktyce oznacza, że można było go zobaczyć kilka razy na ważnych i liczących się showcase’ach - była kanadyjska formacja Dilly Dally. Historia tego zespołu zaczyna się w Toronto już... dwanaście lat temu, kiedy poznały się jego gitarzystki, będące wówczas jeszcze dziećmi. Przez wiele lat słuchały razem muzyki, uczyły się używać gitar i spędzały całe godziny na wspólnym graniu. To słychać od razu, dziś, kiedy dziewczęta uzupełniły skład swojego zespołu o męską sekcję rytmiczną, nagrały debiutancką płytę i zaczęły grać koncerty: trudno znaleźć w innych zespołach muzyków rozumiejących się tak intuicyjnie, tak idealnie zgranych i świetnie reagujących nawzajem na swoje najdrobniejsze sygnały. Słychać też, jak znakomicie wymyślone są partie gitarowe w poszczególnych piosenkach grupy: to nie ma miejsca na proste granie tego samego przez obie gitarzystki, tu toczy się niekończąca rozmowa między ich instrumentami.
Po kilku singlach zespół opublikował właśnie album, zatytułowany „Sore”, który z miejsca zwrócił nań uwagę muzycznych mediów - wielu amerykańskich dziennikarzy uznała go za jedną z ciekawszych gitarowych płyt ostatnich miesięcy.
Koncerty podczas CMJ tylko potwierdziły te entuzjastyczne opinie. Okazało się, że muzykom znakomicie udaje się przenieść na scenę znaną z płyty energię, a połączenie klasycznego indie rocka i punka sprawdza się w takiej formule naprawdę znakomicie.
Dilly Dally znaczy po angielsku, mniej więcej, mitrężenie czasu. Ci młodzi muzycy z pewnością tego nie robią, pnąc się błyskawicznie po drabinie popularności na muzycznej scenie.
Ale co roku pojawia się też pewien mechanizm, który bardzo ułatwia poruszanie się w gąszczu zupełnie nowych nazw i wybieranie tych zespołów, które wyróżniają się spośród całej reszty. Znakomitą pomocą służą organizatorzy poszczególnych showcase’ów, którzy okazują się bardzo skutecznym filtrem, wyszukującym esencję z festiwalowej magmy propozycji. Wystarczy więc śledzić kilka tradycyjnie najważniejszych stałych punktów festiwalowego programu - showcase’ów firmowanych przez znane i cenione blogi, agencje koncertowe czy słynące z precyzyjnie dobieranego programu kluby, żeby poznać festiwalową czołówkę.
W tym roku jednym z zespołów, które bez wątpienia do niej należały - a to w praktyce oznacza, że można było go zobaczyć kilka razy na ważnych i liczących się showcase’ach - była kanadyjska formacja Dilly Dally. Historia tego zespołu zaczyna się w Toronto już... dwanaście lat temu, kiedy poznały się jego gitarzystki, będące wówczas jeszcze dziećmi. Przez wiele lat słuchały razem muzyki, uczyły się używać gitar i spędzały całe godziny na wspólnym graniu. To słychać od razu, dziś, kiedy dziewczęta uzupełniły skład swojego zespołu o męską sekcję rytmiczną, nagrały debiutancką płytę i zaczęły grać koncerty: trudno znaleźć w innych zespołach muzyków rozumiejących się tak intuicyjnie, tak idealnie zgranych i świetnie reagujących nawzajem na swoje najdrobniejsze sygnały. Słychać też, jak znakomicie wymyślone są partie gitarowe w poszczególnych piosenkach grupy: to nie ma miejsca na proste granie tego samego przez obie gitarzystki, tu toczy się niekończąca rozmowa między ich instrumentami.
Po kilku singlach zespół opublikował właśnie album, zatytułowany „Sore”, który z miejsca zwrócił nań uwagę muzycznych mediów - wielu amerykańskich dziennikarzy uznała go za jedną z ciekawszych gitarowych płyt ostatnich miesięcy.
Koncerty podczas CMJ tylko potwierdziły te entuzjastyczne opinie. Okazało się, że muzykom znakomicie udaje się przenieść na scenę znaną z płyty energię, a połączenie klasycznego indie rocka i punka sprawdza się w takiej formule naprawdę znakomicie.
Dilly Dally znaczy po angielsku, mniej więcej, mitrężenie czasu. Ci młodzi muzycy z pewnością tego nie robią, pnąc się błyskawicznie po drabinie popularności na muzycznej scenie.
