Mało kto potrafi w tak spektakularny sposób przekuć osobistą tragedię i dosłowne otarcie się o śmierć, w znakomitą muzykę. Ten utwór to wielki powrót tego zespołu.
REKLAMA
O mały włos ta piosenka nie powstałaby w ogóle, o mały włos tego zespołu nie byłoby już wcale. Kilka lat temu, podczas trasy koncertowej po Europie, muzycy amerykańskiej formacji Baroness, pochodzącej z prawdziwego sludge’owego zagłębia, Savannah w Georgii, przeżyli poważny wypadek: ich van wpadł w przepaść i został niemal doszczętnie zniszczony. To że ktoś wyszedł z niego żywy, zakrawało na prawdziwy cud. A jednak. Muzykom udało się uniknąć śmierci, choć byli bardzo poturbowani - kilka dni po wypadku opublikowali zdjęcia ze szpitala, na których widać, że musieli przejść bardzo dużo: byli w gipsowych opatrunkach, bandażach, specjalnych opaskach podtrzymujących mięśnie i stawy.
Taka sytuacja dla każdego byłaby trudna. Dla muzyków, czyli osób, dla których pełna sprawność rąk, a często i nóg, jest warunkiem niezbędnym do tego, żeby grać na instrumentach, taka sytuacja musiała być jeszcze trudniejsza. Podczas wielu miesięcy ciężkiej rehabilitacji zupełnie nie było wiadomo, jak ułoży się przyszłość grupy. I czy w ogóle będzie jakaś przyszłość.
Część muzyków uznała, że nie widzi się już więcej w składzie zespołu - dużym ciosem dla grupy musiała być decyzja o jej opuszczeniu przez całą sekcję rytmiczną, basistę Matta Maggioniego i perkusistę Allena Blickle’a. Ale założyciel zespołu, gitarzysta i wokalista John Baizley, który oprócz tego, że gra w zespole, jest także niezwykle popularnym, niemal rozchwytywanym ilustratorem, projektującym okładki i oprawę graficzną nie tylko dla własnej formacji, ale dla całego zastępu innych grup, grających podobną muzykę, postanowił kontynuować działalność grupy. Udało mu się odbudować skład i zacząć pracować nad nowymi utworami.
Niedawno zespół zapowiedział nową płytę - album „Purple”, który będzie czwartym pełnowymiarowym wydawnictwem grupy. Jak wszystkie pozostałe będzie miało ono w tytule kolor, a ukaże się w grudniu. Wcześniej muzycy zaczęli publikować single, promujące ten materiał. Już ten pierwszy, „Chlorine & Wine”, zapowiadał, że nowa płyta może być ciekawa, ale dopiero następny, „Shock Me”, pokazał, że w grupie dzieje się dziś naprawdę dobrze.
To piękny, wielowymiarowy utwór, w którym muzycy pokazali, że znakomicie umieją grać różnymi konwencjami - zaczyna się przecież niczym popowa ballada z lat 80-tych, żeby szybko przejść w napędzany mocnymi riffami metalowy hymn, lekko doprawiony elementami nastrojowego gitarowego grania, niemal shoegaze’u.
W tekście wyraźnie można doszukać się metaforycznych aluzji do tego, co przeszli ostatnio muzycy: całkiem dosłownie rozumianej walki o życie. Mało komu udaje się w tak wielkim stylu powrócić do znakomitej formy, po tak potężnej tragedii. A teraz pozostaje już tylko czekać na całą płytę.
Taka sytuacja dla każdego byłaby trudna. Dla muzyków, czyli osób, dla których pełna sprawność rąk, a często i nóg, jest warunkiem niezbędnym do tego, żeby grać na instrumentach, taka sytuacja musiała być jeszcze trudniejsza. Podczas wielu miesięcy ciężkiej rehabilitacji zupełnie nie było wiadomo, jak ułoży się przyszłość grupy. I czy w ogóle będzie jakaś przyszłość.
Część muzyków uznała, że nie widzi się już więcej w składzie zespołu - dużym ciosem dla grupy musiała być decyzja o jej opuszczeniu przez całą sekcję rytmiczną, basistę Matta Maggioniego i perkusistę Allena Blickle’a. Ale założyciel zespołu, gitarzysta i wokalista John Baizley, który oprócz tego, że gra w zespole, jest także niezwykle popularnym, niemal rozchwytywanym ilustratorem, projektującym okładki i oprawę graficzną nie tylko dla własnej formacji, ale dla całego zastępu innych grup, grających podobną muzykę, postanowił kontynuować działalność grupy. Udało mu się odbudować skład i zacząć pracować nad nowymi utworami.
Niedawno zespół zapowiedział nową płytę - album „Purple”, który będzie czwartym pełnowymiarowym wydawnictwem grupy. Jak wszystkie pozostałe będzie miało ono w tytule kolor, a ukaże się w grudniu. Wcześniej muzycy zaczęli publikować single, promujące ten materiał. Już ten pierwszy, „Chlorine & Wine”, zapowiadał, że nowa płyta może być ciekawa, ale dopiero następny, „Shock Me”, pokazał, że w grupie dzieje się dziś naprawdę dobrze.
To piękny, wielowymiarowy utwór, w którym muzycy pokazali, że znakomicie umieją grać różnymi konwencjami - zaczyna się przecież niczym popowa ballada z lat 80-tych, żeby szybko przejść w napędzany mocnymi riffami metalowy hymn, lekko doprawiony elementami nastrojowego gitarowego grania, niemal shoegaze’u.
W tekście wyraźnie można doszukać się metaforycznych aluzji do tego, co przeszli ostatnio muzycy: całkiem dosłownie rozumianej walki o życie. Mało komu udaje się w tak wielkim stylu powrócić do znakomitej formy, po tak potężnej tragedii. A teraz pozostaje już tylko czekać na całą płytę.
