To jeden z najbardziej przebojowych punkowych utworów w ostatnich latach, a zespół, który go nagrał jest ciekawostką nie wartą przeoczenia. A tylko przy okazji - niezłą punkową supergrupą.
REKLAMA
Koniec roku to oczywiście, jak zawsze, moment w którym wszyscy próbują jakoś podsumować rok. Do którego z muzycznych serwisów czy czasopism się nie zajrzy, znaleźć można przede wszystkim listy najważniejszych płyt ostatnich miesięcy.
Przy takich zestawieniach zawsze najsmutniejsza jest oczywiście refleksja, że każdego roku jest tak dużo albumów, które na te listy nie trafiają. Z bardzo różnych względów: bo są ciekawe, ale jednak nie mieszczą się w zestawieniu dziesięciu, dwudziestu czy nawet pięćdziesięciu najlepszych, bo gdzieś umknęły, bo się ich nie zauważyło w czasie roku albo zapomniało o nich podczas tworzenia listy. A czasem po prostu dlatego, że się na takie listy nie nadają i znakomicie sobie radzą bez nich.
To jedna z takich płyt. Jeden z albumów, których raczej próżno szukać w zestawieniach najlepszych płyt ubiegłego roku. A zarazem - jeden z tych, których z wielu względów nie warto przegapić. To płyta zespołu Great Collapse, zatytułowana „Holy War”. Nie zawiera nic więcej niż kilkanaście prostych, goniących na złamanie karku, punkowych piosenek, z wpadającymi w ucho refrenami i mocnymi, politycznymi tekstami. Ot, zwykła, dobra punkowa płyta. I już choćby z tego powodu warto jej posłuchać.
Ale jest jeszcze jeden drobiazg, na który nie sposób nie zwrócić uwagi - to nie jest zwykły punkowy zespół, to nowy projekt muzyków ze sporym doświadczeniem i dorobkiem, takich, którzy na punkowej scenie doczekali się sporego uznania i szacunku. Liderem powstałej w 2014 roku formacji, działającej pomiędzy Kalifornią i Oregonem, jest Thomas Barnett, znany wcześniej przede wszystkim jako lider grupy Strike Anywhere. Mniej więcej na przełomie wieków była to jedna z najbardziej popularnych formacji, grających melodyjny hard core punk z politycznym przesłaniem. Zostawiła po sobie kilka znakomitych płyt, a dziś ma nie do końca jasny status, bo z jednej strony zawiesiła działalność, z drugiej - zdarza się jej grywać koncerty.
Barnett, korzystając z tego, że jego macierzysta formacja nie pracuje regularnie, założył nowy zespół, w którym znaleźli się muzycy grający w takich grupach jak Rise Against, Set Your Goals czy Death By Stereo. Nowa formacja zadebiutowała epką „Elemental”, na której znalazł się zdecydowanie najbardziej udany utwór w dyskografii grupy, prawdziwy melodyjno-punkowy hymn, zatytułowany „Quarantine”.
Kilka miesięcy później, już w 2015 roku, muzycy Great Collapse zdecydowali się na pełnowymiarowy debiut, zatytułowany „Holy War”, a dosłownie kilka dni temu przypomnieli o sobie, zapowiadając split epkę z zespołem Threads, która ma się oficjalnie ukazać pod koniec stycznia. To nie jest zespół, który wejdzie na zawsze do punkowych annałów, ale z całą pewnością i tak warto posłuchać jego mocnych i szczerych piosenek - ci, którym lata temu podobały się piosenki Strike Anywhere z pewnością będą zachwyceni.
Przy takich zestawieniach zawsze najsmutniejsza jest oczywiście refleksja, że każdego roku jest tak dużo albumów, które na te listy nie trafiają. Z bardzo różnych względów: bo są ciekawe, ale jednak nie mieszczą się w zestawieniu dziesięciu, dwudziestu czy nawet pięćdziesięciu najlepszych, bo gdzieś umknęły, bo się ich nie zauważyło w czasie roku albo zapomniało o nich podczas tworzenia listy. A czasem po prostu dlatego, że się na takie listy nie nadają i znakomicie sobie radzą bez nich.
To jedna z takich płyt. Jeden z albumów, których raczej próżno szukać w zestawieniach najlepszych płyt ubiegłego roku. A zarazem - jeden z tych, których z wielu względów nie warto przegapić. To płyta zespołu Great Collapse, zatytułowana „Holy War”. Nie zawiera nic więcej niż kilkanaście prostych, goniących na złamanie karku, punkowych piosenek, z wpadającymi w ucho refrenami i mocnymi, politycznymi tekstami. Ot, zwykła, dobra punkowa płyta. I już choćby z tego powodu warto jej posłuchać.
Ale jest jeszcze jeden drobiazg, na który nie sposób nie zwrócić uwagi - to nie jest zwykły punkowy zespół, to nowy projekt muzyków ze sporym doświadczeniem i dorobkiem, takich, którzy na punkowej scenie doczekali się sporego uznania i szacunku. Liderem powstałej w 2014 roku formacji, działającej pomiędzy Kalifornią i Oregonem, jest Thomas Barnett, znany wcześniej przede wszystkim jako lider grupy Strike Anywhere. Mniej więcej na przełomie wieków była to jedna z najbardziej popularnych formacji, grających melodyjny hard core punk z politycznym przesłaniem. Zostawiła po sobie kilka znakomitych płyt, a dziś ma nie do końca jasny status, bo z jednej strony zawiesiła działalność, z drugiej - zdarza się jej grywać koncerty.
Barnett, korzystając z tego, że jego macierzysta formacja nie pracuje regularnie, założył nowy zespół, w którym znaleźli się muzycy grający w takich grupach jak Rise Against, Set Your Goals czy Death By Stereo. Nowa formacja zadebiutowała epką „Elemental”, na której znalazł się zdecydowanie najbardziej udany utwór w dyskografii grupy, prawdziwy melodyjno-punkowy hymn, zatytułowany „Quarantine”.
Kilka miesięcy później, już w 2015 roku, muzycy Great Collapse zdecydowali się na pełnowymiarowy debiut, zatytułowany „Holy War”, a dosłownie kilka dni temu przypomnieli o sobie, zapowiadając split epkę z zespołem Threads, która ma się oficjalnie ukazać pod koniec stycznia. To nie jest zespół, który wejdzie na zawsze do punkowych annałów, ale z całą pewnością i tak warto posłuchać jego mocnych i szczerych piosenek - ci, którym lata temu podobały się piosenki Strike Anywhere z pewnością będą zachwyceni.
