Ta piosenka mówi o czymś, co wydaje się najbanalniejsze na świecie, ale jest przecież najbardziej trudne do zniesienia: o miłości, która działa tylko w jedną stronę.

REKLAMA
Ten zespół krążył gdzieś wokół mnie od pewnego czasu, ale ciągle byłem na tyle nieuważny, żeby go nie docenić. Wreszcie jednak nadszedł ten moment. I nawet nie wiem dokładnie z czego wyniknął: z tego, że wsłuchałem się uważnie w jego piosenki? Z tego, że miałem go zobaczyć na kilku festiwalach i zacząłem dokładniej słuchać jego płyt? Z tego, że nagle zauważyłem, jak przerażająco smutne są jego teksty i na jak porażająco ładnych melodiach oparte są jego utwory? A może zadziałało to wszystko razem. Dość powiedzieć, że od kilku dni nie mogę przestać go słuchać.
Mimo swej gorącej, kalifornijskiej nazwy – tak nazywa się jedno z hrabstw w tym amerykańskim stanie – zespół pochodzi z Kanady, co mnie specjalnie nie dziwi: który to już kolejny bardzo dobry zespół z tego kraju w ostatnim czasie? Który to już kolejny wykonawca stamtąd, o którym tu piszę? Założył go muzyk formacji Great Lake Swimmers – całkiem niezłej, choć ostatnio przeżywającej jakby lekki kryzys twórczy grupy, grającej muzykę raczej smutną – Colin Huebert.
Opuścił on szeregi macierzystego zespołu, żeby – najwyraźniej – nagrywać muzykę jeszcze bardziej smutną niż wtedy, kiedy był jego członkiem. Do współpracy wciągnął jeszcze jednego muzyka Great Lake Swimmers, Erika Arnesena i razem nagrali jak dotąd dwie płyty.
Płyty wypełnione minimalistycznymi, akustycznymi balladami z tekstami mieszczącymi się gdzieś pomiędzy rezygnacją, rozpaczą a samobójstwem, z tekstami o tym, co się dzieje, kiedy ktoś odrzuca naszą miłość, co się dzieje, kiedy to, co miało być wszystkim, nagle staje się niczym, co się dzieje, kiedy nagromadzenie emocji, z którymi nie możemy już dłużej dać sobie rady, sprawia, że upadamy i za nic nie możemy się podnieść.

Ten utwór jest tylko jednym z kilkudziesięciu przykładów, które można znaleźć na tych dwóch znakomitych i znakomicie smutnych płytach. Opowiada o czymś, zdawałaby się kompletnie banalnym: o nieodwzajemnionym uczuciu. Ale opowiada o tym w mocno niebanalny sposób, pokazując bardzo przekonująco, co dzieje się w sercu i w głowie kogoś, kto kocha sam, kto kocha tylko w jedną stronę.
I kto czuje, że już nie ma siły, że dom zbudowany z tytułowych słabych gałęzi zaczyna się powoli rozpadać i że zupełnie nie będzie wiedział jak, a przede wszystkim – po co, go odbudowywać. I że kompletnie nie ma pojęcia, jak to przetrwać i jak – nawiązując do tytułu płyty, z której pochodzi ten utwór – trzymać śmierć daleko od siebie.